na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » [była]XV Marszon wedle Phantoma, 1 września 2008


Trasa wycieczki:
[b]Magurka Wilkowicka[/b] schronisko; [b]Czupel[/b] 933 m n.p.m. ; Czernichów; Kocierz 884 m n.p.m. ; Przełęcz Kocierska 718 m n.p.m. ; Czarny Groń (Potrójna) 883 m n.p.m. ; Chatka studencka "Pod Potrójną"; Łamana Skała 929 m .n.p.m. ; Krzeszów Górny; Żurawica 727 m n.p.m. ; Sucha Beskidzka; Przysłop; Skawica; Sucha Góra; Przełęcz Kucałowa; Schronisko na Hali Krupowej





14:00 29 sierpień 2008 Magurka nad Wilkowicami

Jestem na Magurce Wilkowickiej. Tak, tak, dotarłem do schroniska znajdującego się na niej i z którego ma wyruszyć XV edycja Marszonu Kuby Terakowskiego. Droga z Gdańska na nią była bardzo urozmaicona.

Jak zapewne wszystkim moim RwMowym kompanom wiadomo, po zapakowaniu plecaka w czwartkowe popołudnie, wprost po pracy. Trzeba było poprowadzić ”Czwartkowy Spacer” po Lasach Oliwskich. Potem była Paszcza Lwa w której zbyt długo nie zabawiłem, tylko prawie od razu z Daria udałem się na dworzec PKP, skąd o 21:26 miał odjechać mój pociąg do Wrocławia. Tak, tak. Aby dojechać do Bielska Białego trzeba było tłuc się pociągiem pierw do Wrocławia. Nasze długie i namiętne pożegnanie, bezwzględnie przerwał pociąg, który o dziwo wjechał na peron punktualnie. Należało by tutaj chyba przypomnieć incydent jaki miał miejsce przy zakupie biletów. Otóż byłem po wyjściu z domu pewien, że pieniądze przeznaczone na marszonową wycieczkę pozostawiłem w domu, w innych spodniach. Pocieszałem się jednak myślą, że w plecaku mam około 250 zł w bilonie. Takie pozostałości drobnych z mojej pracy. Powinno starczyć. Za bilet do Bielska Białej wart 62,5 zł zapłaciłem po prostu złotówkami. Poziom tego nominału w kasjerskiej skrzynce wzrósł raptownie.
Wracając do Pociągu. Pociąg pociągiem, ale spało się w nim dobrze. Cztery osoby na przedziałowe 8 miejsc. Przez całą noc otwarte okno przymusiło do przykrycia się kurtką. Podróż do Wrocławia minęła niezauważalnie, we śnie. W tym mieście pierwszą rzeczą jaką zrobiłem to oczywiście sprawdzenie połączenia z Bielsko Białą. . Jest, peron 3, godzina 6:03. W holu dworca znalazłem jeszcze terminal z netem. 1 zł za 6 minut. Akurat tyle, aby posta na RwMie napisać. Teraz już wiem ile czasu się traci na to aby kilka razy stronę przewinąć :/ Zakupiłem jeszcze wyborczą i do pociągu. W nim przed Kędzierzynem Koźle konduktor raczył poinformować mnie, że ta część składu nie jedzie do Bielska Białej. Mam się przenieść do ostatnich czterech wagonów.. Chcąc nie chcąc, dojechać trzeba. Tak też zrobiłem.
Kolejny z kolei rewizor stwierdził, że jedziemy pociągiem pociągiem pospiesznym, a nie osobowym. No to ja mu na to, że wiem o tym. On z kolei, że w bilecie mam osobowy wpisany. No to mu, że kasjerce mówiłem, o tym, że cała trasa będzie pośpiesznymi pokonywana. Skończyło się na ośmiu złotowej dopłacie.

W końcu dojechałem do Bielska Białej. Tutaj najpierw w dworcowym kiosku kupiłem mapę, oraz ustaliłem, że w pobliże schroniska dojadę autobusami miejskimi linii o numerze 6 i 11. Teraz trzeba kupić coś na trasę i to czego zapomniałem wziąć. Niestety tutejsze drożdżówki stanowczo mi nie smakowały. Trafiły do kosza. Znalazłem sklep Hi Mountain w którym kupiłem sobie jeszcze koszulkę oraz ręcznik. Potem połaziłem po Bialskiej starówce, a właściwie deptaku. Przyszedł czas na prowiant. Trafiło na 1,5 kg wędzonych kiełbasek cielęcych. (pyszne) I oczywiście 6 litrów Coca Coli. W końcu Coca Cola strong men jestem i z nia żadne góre mi nie straszne.

Komu w drogę temu autobus zwieje. Odczekałem na następny rozkładowe 20 minut, ale nie nadjeżdża. Przy okazji zapoznałem się z tutejszymi autochtonami, nawt ponad normatywny czas, bo autobus się spóźniał kilkanaście minut. Już chciałem iść z buta, jednak jeden z nich, z pełnym spokojem oświadczył „korki”, pewnie zaraz przyjedzie. I przyjechał.

Był tak załadowany, że jedna z jego pasażerek oświadczyła mi, że z tym plecakiem tu nie wejdę. Ja nie wejdę?? Wszedłem. Panie ale drzwi nie zamknie!!! Zamknął. Wypadło na to, że miałem najlepsze miejsce widokowe rozpłaszczony na przedniej szybie.


Jak się potem okazało, tak rozpłaszczony, przejechałem szlak zielony którym miałem podejść na Magurkę. Dojechałem do czarnego, na przełęcz Przegibek. Też fajnie. Tędy jeszcze nie szedłem. Raz, dwa i przełęcz moja. Potem, już znanym mi szlakiem niebieskim prosto do schroniska., po drodze pstrykając fotki. Chyba jestem pierwszy, schronisko puste. Czasem tylko ktoś mignie. Zamawiam gorąca czekoladę . Wkładam akumulatory do ładowarki i zaczynam pisać ten tekst. My z dalekiej północy na Marszon, zawsze przybywamy pierwsi.


3:20 rano dnia następnego Chatka pod Potrójną.

Właśnie dotarliśmy do Chatki pod Potrójną. To takie bardzo przytulne schronisko studenckie. Wręcz teraz można powiedzieć najprzytulniejsze. Takie ciepłe i puchatkowate. Tym bardziej, że jesteśmy po ponad sześciu godzinach marszu w deszczu, mżawce i we mgle. Za nami Typowa graniówka beskidzka. W dole było widać pełno świateł wiosek leżących w dolinach.. Po drodze zeszliśmy nad rzekę Sołę, którą pokonaliśmy za pomocą wybudowanej tamy. Po drodze był też Czupel, najwyższy szczyt Beskidu Małego. Problem w tym, że nie wiem kiedy. Jednak na pewno był, bo GPS pokazuje mi, ze weszliśmy na jego wysokość 933 metrów. Poza tym pokazuje mi również, że mamy już za sobą 26,7 km marszu i 1030 metrów podejścia. O właśnie dostałem herbatkę. Jest jeszcze taki zwyczaj w niektórych schroniskach, że strudzonych wędrowców wita się herbatą. W jednym z nich właśnie jesteśmy. Robi się bardzo przytulnie i swojsko.Jedni przysypiają, inni piją lub jedzą, a ci co się na trasie nie wygadali prowadzą polaków swojskie rozmowy. Przysypiam.

Wieczór 30 sierpnia 2008 Schronisko na Hali Krupowej.

Oświadczam, że XV Marszon ukończony. Jestem, pisząc te słowa w schronisku na Hali Krupowej. Zmęczenie trochę nie pozwala cieszyć się pokonaniem trasy którą po raz kolejny zafundował nam Kuba. Każdy odpoczynek objawia się bólem przy próbie przejścia w stan ruchu. Jednak po kolei. Jestem w schronisku na Hali Krupowej. (Jakoś ciężko to dociera). Nie było łatwo, ale nie był to trudny Marszon. GPS wyświetla mi, że pokonałem 71,4 km z buta i 2928 metrów w górę.. Spróbujmy jednak zacząć ponownie po kolei.

Chatkę pod Potrójną opuściliśmy zaraz po świcie. Poranna mgła, po nocnych opadach deszczu stworzyła niesamowitą scenerię do zdjęć. Wędrowcy zjawiali się, wyłaniając się z niej i tak samo znikali, niczym duchy tych gór. Tonące we mgle grań Łamanej Skały, na tyle skutecznie ukryła przed nami szlak zielony, że wykonywaliśmy cofki, aby go zlokalizować. Niepotrzebnie. Jego odbicie było cały czas przed nami. Ktoś zasiał, alarm, że zaszliśmy za daleko. Objawy zmęczenia. Szlak sprowadził nas z grani do Krzeszowa, gdzie marszonowa ekipa, zaległa pod kościołem. Zaczęło się zdejmowanie butów, aby schłodzić stopy gotujące się w ciężkich trepach. Jak też i zmiana skarpet.

Kolejną górą jaka stanęła na drodze była Żurawica z jej skalną koroną.na szczycie.Niedaleko za szczytem pod kapliczką na Carchlu kolejny odpoczynek ze wspaniałym widokiem z górskiej hali.

Krok za krokiem. Niektórzy przerywając marsz aby odpocząć posilając się rosnącymi wokół jeżynami. Powoli, acz systematycznie posuwamy się w stronę Suchej Beskidzkiej. Horyzont zostaje zdominowany przez masyw Babiej Góry. W miasteczku uzupełniamy zapasy prowiantu.

Teraz trasa Marszonu to właściwie takie przeskoki z miejscowości do miejscowości przez spore masywy górskie. Przed nami takie przejście do Skawicy, za pomocą szlaku czarnego. Droga z początku widzie asfaltem który wspina się i wspina.. Gdy już osiąga skraj lasu, zamienia się w szuterek(fajnie było by się stąd bujnąć na rowerze w dół. Kilka kilometrów prawie prostej drogi ostro w dół), a gdy osiągnie koniec dolinki przechodzi w prawie pionową ścieżkę, na której, trudno aby się nie poslizgnąć. Sam szczyt osiąga za pomocą drogi wiodącej wśród szpaleru krzewów. Jako, że osiągnąłem go pierwszy, zakładam stanowisko fotograficzne wprost na wychodzących tędy piechurów. Dochodząc do szczytu, są tak zmęczeni, że jest już im wszystko jedno. Nie są w stanie wykonać uniku, jedynie słaby uśmiech rozumiejąc swoją sytuację. A mój aparat foci i foci.

Gdy już wszystkich namierzyłem w wizjerze aparatu, postanawiam za nimi ruszyć. Cóż innego zrobić. Jakimiś górskimi asfaltami osiągamy wioskę Przysłop. Obserwuję na polu parę młodą, która przymierza się do pozowania w górskiej sceneri. Na razie zjawiskowo wygląda wśród tych wędrowców u których droga odcisnęła swe piętno zmęczenia na twarzach. Jeszcze po drodze, zauważam jakiś kościół z drogą krzyżową. No i widzimy nasz cel, a właściwie Okrąglice z jej wieżą nadawczą niedaleko schroniska.. To nie większe od niej Pilsko staje się na Marszonach wyznacznikiem końca wędrówki, a ten niepozorny szczyt. Dalej to już ostro w dół wśród pól do Skawicy. W niej kolejny sklep w którym zaprowiantujemy się w to co nam się przyda na górze.

Przed nami ostatni odcinek. Najtrudniejsze podejście na tym Marszonie do finalnego schroniska na Hali Krupowej. Podejście które prawie wszyscy znają, a właściwie jako zejście po Marszonie z piekącymi stopami gdy już opuszczamy schronisko. Teraz pniemy się w górę, krok za krokiem. GPS odciąga moją uwagę od wędrówki pokazując zdobywane metry. 700; 750; 800; 900; 933 to była wysokość Czupla. Zmierzamy do najwyżej na tym Marszonie miejsca trasy. Okazuje się nim drogowskaz na Przełęczy Kucałowej. Miałem nadzieję, że na tej edycji suma podejść przeskoczy 3 tysiące. Niestety GPS zatrzymał się na 2928 metrach. Trzeba by chyba jeszcze pobiec na Okrąglicę. Ale po co nabijać niepotrzebne metry. Nie jestem tak uparty. Kieruję się do pobliskiego schroniska, które jest końcem trasy XV edycji Marszonu.

W schronisku gratulacje od Kuby i zasłużony odpoczynek. Zjadam żurek i w trakcie rozmów przysypiam. Budzi mnie, że coś wygrałem, ufundowanego przez sponsorów. Taki sympatyczny magnes na lodówkę, z numerem tego Marszonu. Chyba najlepsza nagroda. Jeszcze tylko prysznic i do łóżka.

31 sierpnia 2008 Niedziela Powrót.

Zaspałem. Nie nastawiłem telefonu. Postanawiam zejść z Kubą i resztą do Sidziny Polany gdzie ma stać zamówiony bus. Jest piękna pogoda, niebieskie niebo i bajkowe kolory wszędzie. A my ciągle w dół. Nasz kolorowy korowód wymija ludzi ciągnących w przeciwną stronę. W końcu koniec wędrówki który zwiastuje cywilizacja i bus. Miejsc dokładnie tyle ilu nas. Ponownie przysypiam tak jak większość i budzę się w Krakowie.

Najpierw dworzec, sprawdzam o której mam pociąg. Zegnam się w pośpiechu z Anią i gnam na rynek. Tłumy ludzi jak to w Krakowie. Jakoś odpychająco to na mnie działa. Robię zdjęcia mimom i przyglądam co się tutaj dzieje. Rynek opanowany przez TVN z „Po prostu tańcz z Gwiazdami” Jakoś moje mięśnie nie czuły się na siłach do tej aktywności fizycznej i nie stanąłem w długaśnej kolejce. Potem był Wawel, na którym nic się od wieków nie zmieniło. Zrobiłem się głodny. Znalazłem fajną knajpkę gruzińską i nasycony powędrowałem do Galerii Krakowskiej w której umieszczono kartonową wystawę machin Bernarda Lagneau. W Empiku zakupiłem kolejne w kolekcji tłumaczenie „Dune” Franka Herberta i powędrowałem z tym tomiskiem na pociąg.

Pociąg z początku pusty na tyle, że pozwoliłem sobie rozłożyć się wzdłuż na siedzeniu. I przysnąłem. Obudził mnie wrzask konduktorki otwierającej z trzaskiem drzwi, czy zarezerwowaliśmy ten przedział w całości. Dopakowała nam komplet żołdaków zmierzających na służbę. Jak się okazało do samej Gdyni. Dalsza droga upływała w ścisku. I tak miło w porównaniu z tym co ujrzałem na korytarzu, jak ludzie próbują w tłoku usnąć w każdej pozycji. Do toalety nie szło dojść. Oczywiście pociąg do Gdańska dojechał godzinę spóźniony. Do pracy już nie poszedłem. Trzeba przejść na IC.

Ogólnie Marszon to jedna z moich tych bardziej ulubionych imprez w rocznych. Z tego miejsca chylę czoła przed Kubą Terakowskim, jako organizator Nordszona za wytrwałość i systematyczność przy jego ciągłym prowadzeniu.
Wiem ile to wysiłku kosztuje. Natomiast sama wycieczka górska i ludzie którzy w niej uczestniczą warci są, aby tyle tłuc się z południa na te dwa/trzy dni w góry. Następnym razem postaram się również przybyć.

Do zobaczenia


Dodane 2 września 2008, 12:59 przez Phantom

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika Phantom


Piter, 1 września 2008, 18:14
fajne zdjęcie z tym znakiem "do domu" itd... hehe
Rogata, 1 września 2008, 20:23
genialne foty ze słońcem i drzewem.
Kuba, 1 września 2008, 20:51
Rewelacyjne zdjęcia! Nota bene: jak zawsze. Wyrazy uznania, Marku! Chyba warunkiem organizacji przyszłych Marszonów stanie się dla mnie Twoja obecność jako fotoreportera... :)
Pozdrawiam serdecznie!
Kuba Terakowski :)
Phantom, 1 września 2008, 23:31
Rogata, to nie było słońce. Ono już nie świeci po 21 :D
Rogata, 1 września 2008, 23:56
a skąd miałam wiedzieć jaka to była godzina :P
Powiedz jeszcze że salamandra tak fajnie wyszła, bo była sztuczna a ja ją tu podziwiam..
Uri, 1 września 2008, 23:59
Super! Nieźle nacykałeś. No, ale Ty to chyba śpisz nawet z aparatem! Fajna kolekcja butów, stóp, kanapek itp detali... Pozdrawiam, Grzegorz.
Uri, 2 września 2008, 0:00
Salamandry były prawdziwe. Wszyscy się na nich slizgaliśmy, heheheheh....
Phantom, 2 września 2008, 0:12
Gdyby to było słońce to nieźle bym musiał podkręcić te fotki :D Tak od siebie dodam, że na Marszonie zrobiłem 900 zdjęć z czego 750 zamieściłem na RwMie, praktycznie bez obróbek.


W ciągu najpóźniej dwóch dni powinienem przepisać relację pisaną w trakcie trwania imprezy. Zapraszam wkrótce do ponownego odwiedzenia strony.
Rogata, 2 września 2008, 0:18
Uri, to burzy mój salamandrowy porządek życia. Myślałam, że to zwierzątka płochliwe i bardzo rzadkie.
Awari, 2 września 2008, 8:29
ajaj, minęliśmy się w schronisku na Hali Krupowej:))), kręciłam się w tych okolicach w tym samym czasie. Zawoja i okolice są świetne, ehhh chciałoby się wrócić, a tu trzeba za biurkiem siedzieć.
świetne foty Marek.
Rogata, 3 września 2008, 23:53
Świetne foty i kapitalna relacja :)
Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę


Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość (285)