na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » Karkonosze, 23 sierpnia 2008



Relacja dla cierpliwych :-) dedykowana Mxerowi :-P

23. 08. 2008 godzina 00.42.12 dostaję od Mxera smsa: „Nie śpij! Zwiedzaj Karkonosze czas zacząc!”. No dobra o 5. 40 jestem już na dworcu w Oliwie i czekam na Łukaszewskiego. Małe zamieszanie, jesteśmy w pociągu, we Wrzeszczu dosiada się Zdzichu i jesteśmy w komplecie: my troje, 3 rowery i 3 psy. Dlaczego psy? Może kiedyś opowiem…
Podróż była dłuuuga, ale o 18 z kawałkiem dotarliśmy do Jeleniej Góry następnie pokonaliśmy nasz pierwszy podjazd do zarezerwowanej kwatery w Jagniątkowie. Po rozpakowaniu się zrobiliśmy jeszcze jakieś 30 km po okolicy dla rozruszania kości. I tak minęła sobota.






W niedziele poszliśmy na mszę na godz. 7.00 sic! Następnie śniadanko, obeszliśmy Jagniatków, zwiedziliśmy dom Gerarda Hauptmana, zjedliśmy obiad w klimatycznej miejscowej karczmie i ruszyliśmy pieszo na zamek Chojnik, ale że szliśmy żółwim tempem dotarliśmy na szczyt 15 min po zamknięciu twierdzy. Następnie powrót oczywiście do karczmy kolacja i czeskie piwko. Cały dzień padało.







W poniedziałek nie ma bata trzeba wreszcie gdzieś pojechać. Znaleźliśmy fajną trasę w przewodniku turystycznym i ruszyliśmy szlakami rowerowymi z Jagniątkowa do Karpacza i z powrotem. Po drodze pokonując niesamowite podjazdy i długie zjazdy. Po pokonaniu najcięższego podjazdu sms od Topola miło, że ktoś o nas pamięta, kiedy my się tak męczymy :-) W Karpaczu obejrzeliśmy z zewnątrz Świątynię Wang i zawarliśmy znajomość z drezyniarzem (właścicielem drezyny) z Gdańska. Po drodze był jeszcze wodospad Podgórnej i sama Podgórna w której skąpał się Łukasz ;-)







We wtorek ruszyliśmy z sakwami do Szklarskiej Poręby. Szklarska bez wątpienia jest najładniejszą miejscowością w polskich Karkonoszach, po znalezieniu noclegu u przemiłej pani Zofii zostało nam sporo czasu na zwiedzanie miasta i okolicy na kołach. Udany debiut Łukasza w roli prowadzącego.







Środa była najcieplejszym dniem całego wyjazdu, postanowiliśmy spożytkować ją na wędrówkę po górach. Ok. 12 po długim śnie i długim śniadaniu wyruszyliśmy na Szrenicę. Największą atrakcją dnia niewątpliwie dla wszystkich było zejście ze Szrenicy malowniczym, skalnym szlakiem zielonym. Jeżeli ktokolwiek z Was będzie latem w Karkonoszach niech koniecznie zaliczy ten szlak. Zimą i jesienią jest on zamknięty.







Na czwartek Łukasz zaplanował trasę u sąsiadów Czechów. Po wymianie waluty wyruszyliśmy do Harachova, przyjemna miejscowość, ale nastawiona głównie na turystykę zimową. Obecnie słynie z 2 wielkich skoczni narciarskich. Zjedliśmy czeskie lody i pojechaliśmy objeżdżać ichne cyklotrasy. Powiem szczerze są genialne. Asfaltowe drogi wiodące szczytami na wysokości 1100-1200 npm. A te zjazdy…. O ile pamiętam ja wlokąc się z tyłu za kolegami osiągnęłam maksymalną prędkość na zjazdach 57 km/h Zdzichu zdaje się 68 km/h. Na przełęczy Karkonoskie Śniadanie wkopaliśmy się w świeżo kładziony asfalt. Wesoła czeska ekipa budowlana pomagała nam przenosić rowery przez drogę, ale i tak nie udało się uniknąć zababrania opon. Po takim dniu radośnie wróciliśmy do Szklarskiej kolacyjka w ulubionej pizzerii i genialny pomysł naszego „dyrektora administracyjnego” coby skorzystać z jacuzzi. Ech po całodniowym wysiłku zafundowaliśmy sobie wodny masażyk.







Do tej pory mieliśmy piękną pogodę, ale następny dzień był deszczowy. Wiadomo piątek – początek weekendu. Zaplanowaliśmy Izery jako, że pamiętaliśmy doskonale porady Wojtka odwiedziliśmy Chatkę Górzystów :-) myślę że gdyby nie deszcz nie poczulibyśmy tak doskonale ciepłego klimatu tego miejsca. Zjadłam tam jedne z najlepszym naleśników w życiu. Pod Chatką Zdzichu złapał swoją pierwszą gumę. Z Chatki Górzystów wyruszyliśmy na czeską stronę do Izerki, niesamowitej przepięknej miejscowości. Do Szklarskiej powróciliśmy dość wcześnie żeby zrobić pranie, napić się malinowej herbatki z prądem i resztę wieczoru spędzić nad zamówioną do pokoju pizzą. Totalne lenistwo…







Sobota na całe szczęście była już słoneczna. Uznaliśmy, że nie chce nam się nocować u Czechów, więc przenieśliśmy się do Kowar. Jeśli nikt z Was nie słyszał o tym mieście niech się nie stresuje, to miejsce gdzie diabeł mówi dobranoc a psy szczekają 4 literami. Trudno tu było znaleźć jakąś kwaterę, ale nasz wybitny dyrektor administracyjny wynegocjował rozsądną cenę w Hotelu MSW o literackiej nazwie „Przedwiośnie” podobno była tam nawet sauna i bilard, podobno… ;-) co do innych walorów to lepiej nie będę się wdawać w szczegóły ;-) Jakby nie było spędziliśmy tam 4 szczęśliwe dni.







W niedzielę w południe postanowiliśmy udać się na Śnieżkę i tym razem bez rowerów. Nie przewidzieliśmy jedynie, że wydostanie się z Kowar innym pojazdem niż rower graniczy z cudem. Koniec końców złapaliśmy jedną z 7 kowarskich taksówek i pojechaliśmy nią do Karpacza. Wrażenia wiadomo bezcenne, ale za taksówkę tam zapłacisz jak za zboże. Wejście na Śnieżkę i zejście z niej zajęło nam bardzo duuuużo czasu, ale jak zawsze było warto, Schodziliśmy ze Śnieżki prosto do Kowar coby się nie narażać na podróż taksówkami. W hotelu byliśmy o 22 ;-) szczęśliwe Zdzichu jako jedyny rozsądny wziął latarkę.







Poniedziałek: zaopatrzeni w portfele pełne koron ruszyliśmy do Czech przez przełęcz Okraj. Wielki podjazd na przełęcz tylko rozgrzał nasze już dawno rozgrzane stawy, bo po Czekiej stronie czekał nas zabójczy zjazd do Dolni Małej Upy i morderczy wjazd na Różową Horę 1200 m npm. Warto było choćby dla obiadku zjedzonego w Boudzie pod Różową Horą. To w ogóle był dzień rekordów i masochizmu bo po dość stromym szutrowym zjeździe, na którym Zdzichu złapał 2 gumę wracaliśmy do ojczyzny długim podjazdem z miejscowości Horni Marszov. Dla mnie osobiście podjazd do Lyseczinskiey Boudy to był hicior, rekord życia.
Po wdrapaniu na przełęcz Okraj (1046 npm) czekał nas jeszcze nocny 13 km zjazd do Kowar szeroką pustą szosą ))) bajka…







Następnego dnia nie miałam sił już na nic, wstanie z łóżka było wyczynem. We wtorek zarządziliśmy sjestę, która polegała na tym, że ponownie wdrapywaliśmy się na Okraj i zjeżdżaliśmy do Małej Dolni Upy i wjeżdżaliśmy na górę tylko po to żeby w końcu zjeść swój ostatni posiłek u Czechów w restauracji u Kostela. Po takiej sjeście ponownie 13 km zjazd z przełęczy do Kowar. W Kowarach udało się nam jeszcze zwiedzić Park Miniatur. Niesamowite muzeum, w którym można obejrzeć największe architektoniczne zabytki Śląska w miniaturze.







Środa hymmm chyba czas do domu bo tam tęsknią za nami ;-) w południe sms od Mxera z rozkazem wracajcie ;-) Ruszyliśmy z sakwami do Jeleniej Góry jak wiadomo w Kowarach pociągu ni ma. Po drodze Zdzichu złapał 3 i ostatnią gumę, trzeba mu przyznać zawsze łapał je w dobrym momencie, kiedy reszta miała ochotę odsapnąć. Obiadek w Jeleniej i zwiedzanie miasta m.in. przepięknej barokowej świątyni. 20.09 pociąg do domu 4 wagony do Gdyni, ale żaden z przedziałem rowerowym. Rowerami standardowo zablokowaliśmy kibelek a sami rozłożyliśmy się w przedziale. Rozkład to dobre słowo na określenie naszych zwłok. 8 rano i jesteśmy w domu :-)







Dzięki za Wyprawę tym, co byli ze mną realnie i tym, co byli wirtualnie.

Udział wzieli:
Łukaszewski zwany niekiedy: Dyrektorem administracyjnym, Łukaszkiem, Panem Muszynkiem ;-)
Zdzichu zwany niekiedy: Panem Hawrankiem, Zdzisiem Pysiem ;-P
Niecierpliwa zwana na ogół: Cholerą, Wredotą, Martusią Kaczusią i inne takie ;-)

Tracka i statystyki zebrał Zdzichu



Dodane 6 września 2008, 04:14 przez Marta

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika Zdzisław

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika Łukasz-ewski


yas, 5 września 2008, 19:26
Super wyprawa:) Teren i na pieszo bywa męczący, przedreptałam ścieżki dwa lata temu, więc na bika-podwójnie super , z tego co wiem Wasz debiut sakwiarski:)
Mxer, 5 września 2008, 19:41
:) uśmiechałem się do monitora czytając relacje. Naprawdę mniamniusia, mozna by ja przyozdobić kilkoma minaturkowymi fotkami... szczegolnie tych czeskich knajp, zjazdoe i jak zdzichu lata kapcie :)
Marta, 5 września 2008, 19:55
Mxerku wszystko będzie :-)

WIZard, 5 września 2008, 23:43
nie takie złe te zdjęcia.
Rogata, 6 września 2008, 2:42
Świetna wyprawa :)
Karkołomny pomysł z rowerem w góry
i kapitalna relacja, też się uśmiechałam do monitora :)
kajas, 6 września 2008, 12:51
Gratuluję, podziwiam i ...trochę zazdroszczę;)
Po przeczytaniu i obejrzeniu Waszego wspólnego reportażu, poziom mojego dobrego samopoczucia sięgnął zenitu. Wspaniale oddaliście klimat wyprawy. Musiało być przepysznie. Góry to góry, jest w nich coś magicznego co nie pozwala o nich zapomnieć i każe do nich powracać.
Świetnie, że połączyliście rowerkowanie i trochę "z buta". W ten sposób można zwiedzić o wiele więcej. Właśnie tak mam zamiar włóczyć się jesienią po Lemkowynie.
Rogata, 6 września 2008, 14:01
ojej, Łukasz widzę, że miałeś niewielką depilację ciepłym asfaltem :/ Musiało boleć ...
Janek, 7 września 2008, 15:21
Łukasz, Twoje cieplutkie fotki pokazują najpiękniejsze, najważniejsze, . . .

Partnerze Techniczny, Twoja fotka bezlitośnie, namacalnie, oddaje fundamentalną prawdę i stanowi instruktaż, dla całego środowiska RwM-a :>

PS: tekstu jeszcze nie czytałem, muszę najpierw ochłonąć po energetycznych fotkach :D
Łukasz-ewski, 7 września 2008, 21:40
cześć WSZYSTKIM ...dobra dobra "Janek"-dzięki ....galeria zamknięta wszystkie zdjęcia dodane ZAPRASZAM DO OGLĄDANIA.
Piter, 7 września 2008, 23:36
suuuper wycieczka; tylko pozazdrościć; a ta relacja to Mistrzostwo Świata; gratuluje, świetne Fotki; pozdrawiam
TW, 8 września 2008, 18:04
Janek, centrala gratuluje. Łukasz-ewski, a rosyjski Ty znasz ?
Janek, 22 listopada 2008, 16:56
Pierwsze czytanie relacji zaliczone :)
rozgrzewa w tę ciemną i zimną listopadową noc - pierwszego dnia zimy na Dąbrowie.
Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę


Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość (6)