na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » [było] Wyprawa do Szwecji, 1 sierpnia 2008



Zorganizowana przez Trójmiejską Inicjatywę Rowerową wyprawa odbyła się w terminie 17-31 lipca 2008 r.

Przygotowania do wyprawy

Planując trasę, zastanawialiśmy się nad kilkoma wariantami: wybrzeżem ze Sztokholmu do Karlskrony, z Karlskrony przez Skanię do Kopenhagi i z powrotem... Ostatecznie zdecydowaliśmy się na "pętlę" w rejonie Blekinge i Smalandii: Karlskrona – wzdłuż wybrzeża do Kalmaru – Olandia – Oskarshamn i wyspa Bla Jungfrun – szlak Glasriket (Królestwo Szkła) – pojezierze z jeziorami Helgasjon i Asnen – Karlskrona.

Na wycieczkę zebrała się 9-osobowa ekipa. Noclegi przewidywalismy na polach kempingowych, pod namiotami. Ponieważ na kempingach w Szwecji płaci się za namiot, a nie od osoby, zdecydowaliśmy się na zabranie 3 większych, 3-osobowych namiotów. Mirek postanowił towarzyszyć nam z busem, byliśmy więc w komfortowej sytuacji, jeśli chodzi o przewóz bagaży, które jechały "na pace". Nieograniczeni pojemnością i ciężarem sakw, mogliśmy zaopatrzyć się w sporą ilość prowiantu (Szwecja – jak wieść niesie, kraj drogi). Choć na kempingach miał być dostęp do kuchni, zabraliśmy ze sobą na wszelki wypadek butle gazowe (i faktycznie kilka razy się przydały). Po długich poszukiwaniach dało nam się kupić w księgarni internetowej szczegółową mapę południowej Szwecji – służyła nam wiernie przez cały wyjazd i trzeba przyznać, że była często dokładniejsza niż lokalne mapy, które mogliśmy dostać na miejscu.

1 dzień (czwartek, 17 lipca)

Nasza wyprawa rozpoczęła się w Gdyni – wypłynęliśmy o godz. 7 rano promem Stena Baltica do Karlskrony. Rejs trwał 10,5 godz. Prawie nie bujało. Zwiedziliśmy statek, posiedzieliśmy na leżakach kontemplując morskie widoki, skąd przegoniły nas w końcu groźnie wyglądające chmury. Niektórzy ucięli sobie drzemkę. I tak minął dzień. Do portu w Karlskronie zawinęliśmy ok. godz. 19.30. Była ładna pogoda. Ruszyliśmy na poszukiwanie najbliższego kempingu. Zlokalizowaliśmy go na wyspie Dragso (jednej z 33 wysp Karlskrony!), 14 km od przystani promowej.

Dystans: 14 km

2 dzień (piątek, 18 lipca)

Pierwszy poranek na szwedzkiej ziemi powitał nas deszczem. Postanowiliśmy zmienić pierwotne plany i, zamiast jechać od razu na północ w kierunku Kalmaru, przeznaczyliśmy cały dzień na zwiedzanie Karlskorny.

Pojechaliśmy na wyspę Trosso, gdzie mieści się centrum miasta. Zwiedziliśmy rynek, dwa kościoły, zajrzeliśmy do biura turystycznego w poszukiwaniu lokalnych map, a potem schroniliśmy się w Marinmuseum przed nękającym nas co i rusz deszczem. W muzeum obejrzeliśmy ciekawe ekspozycje związane z historią floty szwedzkiej, modele żaglowców, przeszliśmy podwodnym tunelem, przez peryskop oglądaliśmy okoliczny archipelag, zajrzeliśmy do zrekonstruowanego wnętrza starego okrętu marynarki wojennej, a nawet uruchomiliśmy silnik kanonierki. ;)

Po południu, korzystając z poprawy pogody, popłynęliśmy bezpłatnym promem samochodowym na wyspę Aspo. To jedna z najciekawszych wysp archipelagu. Główną atrakcją jest cytadela z końca XVII w. Objechaliśmy wyspę leśnymi ścieżkami, podziwiając malownicze drewniane domki.

Wieczorem wybraliśmy się na spacer po urokliwych uliczkach Karlskrony.

Dystans: 40 km

3 dzień (sobota, 19 lipca)

Przez całą noc i większość poranka znów padało. Dopiero przed południem przejaśniło się. Zdecydowaliśmy się skrócić planowaną trasę i zatrzymać się na nocleg na kempingu w Kristianopelu. Ścieżką rowerową dojechaliśmy do Lyckeby, gdzie obejrzeliśmy Młyn Królewski. Dalej nasza droga wiodła na wyspę Senoren, połączoną z lądem najbardziej efektownym mostem Karlskrony. Na wyspie, dzięki pomocy tubylców, dotarliśmy do punktu widokowego Botet, znajdującego się w pobliżu osady Torp. Faktycznie warto było się natrudzić, aby go znaleźć, bo panorama była cudna.

Następnie pojechaliśmy na Półwysep Torhamn. Tu odnaleźliśmy miejsce, gdzie znajdują się liczne ryty naskalne z epoki brązu (1800 lat p.n.e.), przedstawiające sylwetki ludzi, zwierząt i łodzi.

W miejscowości Torhamn spotkaliśmy się z naszą ekipą samochodową, czyli Danką i Mirkiem, którzy wyjechali nam naprzeciw na rowerach z bazy noclegowej. I już wspólnie dojechaliśmy do kempingu w Kristianopelu.

Dystans: 92 km

4 dzień (niedziela, 20 lipca)

Nad ranem obudziła nas ulewa – krople deszczu przeraźliwie waliły w tropik namiotu. Wyglądało to na prawdziwe urwanie chmury. Jednak opatrzność czuwała nad nami, koło południa rozpogodziło się i ruszyliśmy w kierunku Kalmaru.

Mimo usilnych starań nie udało nam się znaleźć opisanych w przewodniku ruin twierdzy w Kristianopelu. Za to mieszkańcy wskazali nam miejsce w leżącej nieopodal miejscowości Broms, gdzie kiedyś znajdował się pradawny gród.

Trzymając się bocznych dróg, mijaliśmy malownicze, położone wśród pól osady, w których znajdowały się stare średniowieczne kościoły, otoczone cmentarzami przypominającymi raczej wypielęgnowane mini-ogródki. Kilka kilometrów przed Kalmarem natrafiliśmy na ścieżkę rowerową, która doprowadziła nas do samego miasta. Rozbiliśmy się na polu kempingowym, a wieczorem znów wyruszyliśmy na spacer. Błądząc uliczkami miasta, dotarliśmy do pięknie oświetlonego zamku Kalmar Slott – dawnej rezydencji władców szwedzkich. Z zaskoczeniem odkryliśmy, że brama jest otwarta, mogliśmy więc wejść na dziedziniec i przejść się wzdłuż murów warowni.

Dystans: 71 km

5 dzień (poniedziałek, 21 lipca)

Rano, tym razem już na rowerach, pojechaliśmy na zamek. Zwiedziliśmy muzeum – komnaty królewskie, salę, gdzie ucztowali królowie i wnętrza z wystawami czasowymi.

Teraz była przed nami wycieczka na Olandię. Na wyspę prowadzi most o długości 6 km i wysokości 40 m ponad lustrem wody. Niestety w sezonie letnim obowiązuje na nim zakaz ruchu rowerowego. Pomiędzy Kalmarem i wyspą kursują "cykelbussy" dla turystów, a rowery przewożone są na specjalnej przyczepie. W autobusie zawarliśmy znajomość z kierowcą, który, jak się okazało, ma żonę Polkę. I chyba z sentymentu do rodaków małżonki obdarował nas super dokładną mapę Olandii z zaznaczonymi ścieżkami rowerowymi. :)

Naszym celem był zamek w Borgholmie, stolicy Olandii. Dotarliśmy tam główną drogą, która była bardzo uciążliwa ze względu na duży ruch samochodowy. Urozmaiceniem trasy były wiatraki tak charakterystyczne dla krajobrazu wyspy. Niegdyś było ich 2 tys., do dzisiaj przetrwało 355.

Zwiedziliśmy imponujących rozmiarów ruiny renesansowego zamku Borgholm Slott. Później mieliśmy w planie spacer po położonych nieopodal ogrodach, przylegających do letniej rezydencji królewskiej Solliden Slott. Niestety okazało się, że są one zamykane wcześniej niż to było opisane w przewodniku, a nasze próby przekonywania pani przy kasie, by wpuściła nas tam choć na 5 minut na nic się nie zdały.

Za Borgholmem z ulgą zjechaliśmy z głównej drogi i dalej już poprowadziła nas ścieżka rowerowa. Po kilkunastu kilometrach szlak zbliżył się do morza. Była to jedna z najpiękniejszych tras, jakie kiedykolwiek przemierzyliśmy – szutrowa droga wijąca się wzdłuż kamienistego wybrzeża, gdzieniegdzie poustawiane w niewiadomym dla nas celu piramidki z kamieni na tle błękitnej tafli morza, kamienne domki nad samą wodą, na horyzoncie zarys wyspy Bla Jungfrun – Błękitnej Panny. Po prawej stronie łąki z krzaczkami jałowca, od czasu do czasu niewielkie, drewniane osady i wszechobecne wiatraki. A wszystko to rozświetlone w promieniach słońca.

W miejscowości Sandvik mogliśmy podziwiać największy zachowany wiatrak w Skandynawii, którego ramiona mają rozpiętość 24 m. Tutaj skręciliśmy na drogę, która zaprowadziła nas na drugą stronę wyspy do kempingu, zaplanowanego jako nasza baza wypadowa na Olandii. Kemping był bardzo kameralny, położony nad brzegiem morza, namioty rozbiliśmy wśród krzaków jałowca.

Dystans: 85 km

6 dzień (wtorek, 22 lipca)

Tego dnia pierwszym „punktem programu” na naszej trasie był zabytkowy kościół warowny Kalla z XII w., który zadziwiał surową bryłą – wysoki, wąski, niemal pozbawiony okien. Potem odwiedziliśmy zrekonstruowaną osadę z epoki żelaza w okolicach Lottorp, gdzie mogliśmy poznać warunki życia codziennego w czasach przed Wikingami. W miejscowości Boda Sand zajechaliśmy na piaszczystą, ponoć najlepszą plażę Olandii, zwaną "olandzką Riwierą". Na plaży kłębiły się tłumy plażowiczów, uciekliśmy więc kawałek dalej w bardziej ustronne miejsce i tam, wśród wydm, urządziliśmy sobie dłuższy popas. Niektórzy nawet zażywali kąpieli pomimo dość chłodnej wody.

Zjechaliśmy ze szlaku rowerowego na pieszy, który prowadził wzdłuż wybrzeża. Trasa zrobiła się bardziej "terenowa" – wąska, chwilami dość zarośnięta ścieżka z wystającymi korzeniami. Mijaliśmy urocze zakątki – opuszczone chaty stojące nad brzegiem morza, wyciągnięte na piasek rybackie łodzie. Na horyzoncie bieliły się żagle jachtów. Szlak zawiódł nas do rezerwatu leśnego Trollskogen – Lasu Trolli z drzewami o dziwacznie powyginanych pniach. Granicę rezerwatu przekroczyliśmy w nietypowy sposób – musieliśmy przenieść rowery po drewnianych schodkach nad ogrodzeniem, okalającym chroniony obszar. Dotarliśmy na koniec cypla, skąd roztaczał się widok na latarnię morską Lange Erik, wyznaczającą północny skraj wyspy. Potem pojechaliśmy wybrzeżem laguny Grankullaviken, mijając po drodze najbardziej na północ wysuniętą osadę Olandii – Grankullavik. Ścieżka rowerowa poprowadziła nas na zachodnie wybrzeże wyspy. Mogliśmy podziwiać geologiczną ciekawostkę, jaką jest rezerwat Byrums Raukar – efektownie wyglądające, przemodelowane przez erozję wapienne skały. Mieliśmy stąd piękny widok na wyspę Bla Jungfrun. Planowaliśmy jechać dalej wzdłuż zachodniego wybrzeża, w pewnym momencie pomyliliśmy jednak szlaki. Ponieważ zaczynał padać deszcz i zrobiło się już dość późno, postanowiliśmy skrócić drogę powrotną i szosą pomknęliśmy na drugą stronę wyspy do naszego kempingu w jałowcach.

Dystans: 107 km

7 dzień (środa, 23 lipca)

Zmobilizowaliśmy się, aby wcześniej zwinąć nasz obóz, ponieważ czekała nas długa droga powrotna na kemping za Kalmarem. Jechaliśmy wschodnią, typowo rolniczą częścią wyspy. Mijaliśmy duże gospodarstwa, na polach pasły się krowy. Było bardzo dużo wiatraków. W miejscowości Himmelsberga zwiedziliśmy Olands Museum – skansen, w którym znajdują się zachowane w bardzo dobrym stanie budynki wiejskie z XVIII i XIX w. Natomiast w miejscowości Lerkaka obejrzeliśmy największe skupisko ustawionych w rzędzie olandzkich wiatraków. Ostatni odcinek przejechaliśmy szutrową, meandrującą ścieżką rowerową, która doprowadziła nas do samego mostu. Tutaj czekał już "cyklobus", który przewiózł nas na drugą stronę do Kalmaru. Ponieważ mieliśmy jeszcze trochę czasu, postanowiliśmy zwiedzić zabytkową część miasta – obejrzeliśmy rynek z katedrą i pojechaliśmy do Gamla Stan – najstarszej części miasta, gdzie znajdują się domki z XVII i XVIII w., brukowane uliczki i wiekowe ogrody. Stamtąd, ścieżką rowerową wiodącą wzdłuż drogi Norra Vagen, wyjechaliśmy z miasta. Zatrzymaliśmy się na zakupy przy markecie Netto. Spotkani tutaj Polacy wytłumaczyli nam, jak najkrótszą drogą dotrzeć na nasz kemping, znajdujący się nad morzem kilka kilometrów za miejscowością Linsdal.

Dystans: 103 km

8 dzień (czwartek, 24 lipca)

Tego dnia jechaliśmy do Oskarshamn, skąd chcieliśmy wybrać się w rejs na wyspę Bla Jungfrun – stanowiącą ponoć jedną z największych atrakcji południowej Szwecji.

Po drodze natknęliśmy się na ruiny średniowiecznego kościoła Zakonu Braci Szpitalników. Tam też urządziliśmy sobie popas. Bocznymi drogami dojechaliśmy do miasteczka Monsteras i uraczyliśmy się przepysznymi szwedzkimi lodami. Stąd prowadziła oznakowana droga rowerowa do Oskarshamn. Na szlaku spotkaliśmy objuczonego niemieckiego rowerzystę, który jechał do Sztokholmu. W pewnym momencie pogubiliśmy się i wjechaliśmy na drogę szybkiego ruchu. Z duszą na ramieniu, wśród śmigających aut dotarliśmy do naszego celu – kempingu w Oskarshamn. Tutaj okazało się, że nie uda nam się popłynąć na wyspę, ponieważ wszystkie najbliższe rejsy zostały już zarezerwowane. Zamiast rejsu postanowiliśmy więc spędzić następny dzień bez roweru – odpoczywając i zwiedzając okolice.

Dystans: 75 km

9 dzień (piątek, 25 lipca)

Mając do dyspozycji cały dzień na leniuchowanie, wstaliśmy trochę później. Po śniadaniu każdy wedle swego uznania zagospodarował czas. My poszłyśmy na spacer wzdłuż skalistego wybrzeża. W pewnej chwili oczom naszym ukazał się rewelacyjny widok: szkierowe wybrzeże z mnóstwem małych skalistych wysepek, wynurzających się z szafirowej tafli wody, a między nimi białe żagle łódek. W pobliskiej marinie połyskiwał las masztów. W tym niezwykłym miejscu spędziliśmy sporą część dnia, wylegując się na skałach w promieniach słońca.

Potem wybrałyśmy się do miasta z mocnym postanowieniem znalezienia miejsca, gdzie będziemy mogły zjeść typowo szwedzki posiłek. Okazało się, że nie jest to takie proste. Ostatecznie zdecydowałyśmy się na zarekomendowaną nam w barze potrawę, która ku naszemu zdumieniu okazała się podłużną bułką z sałatką krewetkową. ;) Na deser zaserwowałyśmy sobie kawę i szwedzkie ciasteczka. Wieczór spędziliśmy nad mapą, planując dalszą trasę nad jeziora.

Dystans: 0 km

10 dzień (sobota, 26 lipca)

Wyjazd z Oskarshamn według mapy wyglądał na dość skomplikowany – w celu ominięcia głównej drogi mieliśmy się poruszać po sieci leśnych ścieżek. Wbrew obawom udało nam się bez problemu pokonać ten odcinek drogi. I chyba właśnie to uśpiło naszą czujność... W okolicach miejscowości Hogsby pomyliliśmy drogi, co w efekcie poskutkowało nadłożeniem około 20 kilometrów. :( Stopniowo zaczęło się też zmieniać ukształtowanie terenu. Teren stał się pagórkowaty, czekały nas więc liczne, choć niezbyt uciążliwe podjazdy i zjazdy. Nagrodą za błądzenie i trudy dnia stało się miejsce noclegowe – niewielki, bardzo sympatyczny kemping położony na samym brzegu jeziora. Jeszcze zanim rozbiliśmy namioty, wskoczyliśmy od razu do wody. Trzeba przyznać, że miała ona dziwny brązowawy kolor (taki sam zresztą był w innych jeziorach, które później odwiedziliśmy), co spowodowane jest chyba obecnością w niej związków żelaza. Kąpiel była odświeżająca, woda miała temperaturę 25 stopni C. Była to miła odmiana po niemal lodowatej wodzie w morzu.

Dystans: 95 km

11 dzień (niedziela, 27 lipca)

Ten dzień upłynął pod znakiem hut szkła. Rejon, który przemierzaliśmy ma nazwę Glasriket – Królestwo Szkła. Znajduje się tutaj 15 czynnych hut, których wyroby znane są na całym świecie. My zwiedziliśmy dwie huty – w Maleras z 1890 r. i najstarszą w Kosta z 1742 r. W pierwszej z nich mogliśmy zwiedzić galerię z cudeńkami ze szkła, które można było też zakupić. Z kolei w Kosta było ciekawe muzeum, gdzie odbywały się pokazy wydmuchiwania i obróbki szkła. Niestety później okazało się, że przegapiliśmy tu jedną z atrakcji Smalandii – Park Łosi. Zwiedziła go tylko ekipa podróżująca samochodem.

Za Kostą wjechaliśmy na drogę wiodącą przez teren poligonu. Dała nam się ona porządnie we znaki – początkowy szutr zmienił się w luźne, sporej wielkości kamienie, łatwe do przejechania chyba tylko dla czołgów. Dwa z nich stały nawet porzucone wzdłuż drogi. ;) Na szczęście pomimo trudnej nawierzchni opony naszych rumaków wytrzymały bez szwanku.

Dojechaliśmy do Lessebo. Ponieważ przed nami był jeszcze najtrudniejszy odcinek drogi, a żar lał się z nieba, postanowiliśmy zatrzymać się na miejscowym kąpielisku i tu przeczekać trochę największy skwar.

Trasa z Lessebo do Vaxjo była najbardziej uciążliwym odcinkiem podczas naszej wyprawy – ponad 30 km drogą szybkiego ruchu z licznymi podjazdami, ze śmigającymi obok samochodami i w strasznym upale. Do Vaxjo dojechaliśmy wykończeni. Tym razem nocowaliśmy na wyjątkowo dużym kempingu. Do kąpieliska mieliśmy spory kawałek drogi, ale warto było go przejść, aby ochłodzić się po całym dniu w orzeźwiającej wodzie.

Dystans: 90 km

12 dzień (poniedziałek, 28 lipca)

Rano znów obudziło nas słońce. I z każdą godziną robiło się coraz cieplej. Wycieczkę w tym dniu rozpoczęliśmy od zwiedzenia ruin biskupiego zamku Kronoberg. Męską część grupy bardziej zainteresował stateczek s/s Thor w pobliskiej przystani – malutki parowiec, będący najstarszym w Szwecji, opalanym drewnem wehikułem.

Przejechaliśmy przez centrum Vaxjo i dalej przez miasteczko akademickie Teleborg ruszyliśmy na południe w kierunku Jeziora Asnen. Jechaliśmy spokojnymi, bocznymi drogami, mijaliśmy nieliczne gospodarstwa i bezskutecznie wypatrywaliśmy sklepu z lodami. Zatrzymaliśmy się przy bardzo starym kościółku z XIII w. Mieliśmy szczęście - kościółek był otwarty, ponieważ był akurat w trakcie sprzątania i mogliśmy zajrzeć do jego wnętrza z pięknymi naściennymi malowidłami.

Wyjątkowo wcześnie dotarliśmy na kemping w Urshult. Jak się okazało, był on prowadzony przez Polkę z Poznania. Spotkaliśmy się tu z serdecznym przyjęciem i „po znajomości” dostaliśmy bardzo dobre miejsce na nocleg. Po kąpieli w jeziorze rozbiliśmy namioty. Część osób, nie zważając na nadciągającą burzę, wybrała się do pobliskiego sklepu. Na szczęście burza przeszła bokiem.

Dystans: 60 km

13 dzień (wtorek, 29 lipca)

Na ten dzień zaplanowaliśmy wycieczkę wokół jezior (Marek zorganizował sobie alternatywną trasę – postanowił odwiedzić składowisko szrotów nieopodal miejscowości Ryd). Po drodze zajrzeliśmy do lokalnej wędzarni – smakowicie wyglądające węgorze, łososie i sandacze postanowiliśmy zakupić w drodze powrotnej. Wjechaliśmy na punkt widokowy z panoramą na wielkie jeziora. Droga rowerowa wiodła "środkiem" jeziora przez wyspy połączone mostami, co wyglądało bardzo efektownie. W Torne przejechaliśmy mostem na drugi brzeg i zatrzymaliśmy się na popas przy niewielkim pomoście. Dalej pojechaliśmy uroczą ścieżką rowerową wzdłuż brzegu jeziora aż dotarliśmy do małego kąpieliska, gdzie z przyjemnością wskoczyliśmy do wody. Szlak rowerowy doprowadził nas do obozowiska. Wybraliśmy się do wspomnianej wcześniej wędzarni. Niestety, ku naszemu rozczarowaniu, wszystkie węgorze zostały już wykupione. Pocieszyliśmy się więc ogromnym sandaczem i sporym kawałkiem łososia. I tak we własnym zakresie urządziliśmy sobie "szwedzki stół". :)

Dystans: 73 km

14 dzień (środa, 30 lipca)

W tym dniu pożegnaliśmy jeziora i pojechaliśmy w kierunku wybrzeża. Początkowo planowaliśmy jechać bocznymi drogami. Ponieważ jednak okazało się, że główna droga do Ronneby jest mało ruchliwa, zdecydowaliśmy się na niej pozostać. Na trasie nie było szczególnych atrakcji. W połowie drogi przystanęliśmy na drugie śniadanie. Uprzejmy szwedzki staruszek użyczył nam schronienia przed palącym słońcem przy stoliku z parasolem w swoim ogródku. Mówił sporo, niestety wyłącznie po szwedzku, nie pozostało nam więc nic innego, jak się tylko do niego miło uśmiechać.

W Ronneby zaczęliśmy rozglądać się za drogą na nasz kemping, który był położony na półwyspie za miastem. Nieco klucząc dotarliśmy do celu. I tu czekała nas niespodzianka. Okazało się, że nasza samochodowa ekipa, na skutek nieporozumienia, znajduje się na zupełnie innym kempingu, blisko centrum, oddalonym od naszego o kilkanaście kilometrów! Ponieważ tamto miejsce zostało już opłacone, nie pozostało nam nic innego, jak tam pojechać.

O zmroku, kontynuując tradycję wieczornych spacerów, wybrałyśmy się na zwiedzanie okolicy. Na przełomie XIX i XX w. Ronneby stało się jedną z najbardziej popularnych miejscowości uzdrowiskowych Szwecji. Odwiedziłyśmy park zdrojowy – Ronneby Brunnsparken, przeszłyśmy się wzdłuż rzeki, oglądając stylowe wille, idąc główną promenadą miasta dotarłyśmy do starego kościoła, który ze względu na późną porę był już zamknięty. Postanowiłyśmy więc odwiedzić go następnego dnia rano. Na nocleg wróciłyśmy tuż przed północą. Nasz "spacerek" wyniósł ponad 12 km. :)

Dystans: 95 km

15 dzień (czwartek, 31 lipca)

To był ostatni dzień naszej wyprawy – droga do Karlskrony. Na pożegnanie pojechaliśmy jeszcze zwiedzić rynek w Ronneby i położony na wzgórzu średniowieczny kościół. I po raz ostatni uraczyliśmy się szwedzkimi lodami. Mieliśmy problem z wyjazdem z miasta. Ścieżka rowerowa doprowadziła nas do głównej drogi, na której był zakaz jazdy na rowerze. Zapytana Szwedka wskazała objazd bocznymi drogami przez Lerakrę. W Lesterby zaczęła się ścieżka rowerowa prowadząca wzdłuż drogi szybkiego ruchu. W Nattraby zjechaliśmy z trasy, aby obejrzeć letnią rezydencję admirała Chapmana, wybitnego XVIII-wiecznego architekta okrętowego.

W Karlskronie pozostało nam jeszcze kilka godzin na ostatnie zakupy, spacer po zaułkach i zwiedzenie "zaległego" muzeum regionalnego, do którego nie zdążyliśmy zajrzeć pierwszego dnia. Mirek, za sprawą sporej wielkości polskiej flagi, którą woził przy bagażniku, przeżył tutaj ciekawe wydarzenie. Przy sklepie jego flagą zainteresowała się starsza pani, wpatrując się w nią ze wzruszeniem. Okazało się, że jest Polką, która utknęła w Szwecji dwa dni przed stanem wojennym i odebrano jej wtedy polskie obywatelstwo.

O godz. 19 stawiliśmy się na przystani promowej, a dwie godziny później płynęliśmy już w stronę Gdyni.

Dystans: 58 km

Podsumowanie:

Rejony Szwecji, które przemierzyliśmy - Blekinge, Olandia i Smalandia, to idealne miejsca dla uprawiania turystyki rowerowej. Blekinge to przede wszystkim przepiękne wybrzeże z licznymi wyspami i skalistymi szkierami, uroczymi nadmorskimi miasteczkami, pełne zabytków, ogrodów i parków. Słoneczna Olandia to kraina wiatraków, malowniczych plaż i zielonych równin. W Smalandii spodobały się nam rozległe lasy, czyste, polodowcowe jeziora i ciekawy szlak Królestwa Szkła. Wszędzie można napotkać dobrze przygotowane i oznakowane drogi rowerowe, w znacznym stopniu asfaltowe. Dość łagodne ukształtowanie terenu pozwalało na przemierzanie długich dystansów bez specjalnego wysiłku. Jest tu dobrze rozbudowana sieć informacji turystycznej – bez problemu można było otrzymać lokalne mapki i foldery.

Podczas całej naszej wyprawy czuliśmy się bardzo bezpiecznie. W namiotach na kempingu mogliśmy spokojnie zostawić bez opieki cały nasz dobytek. Na ogół bez obawy pozostawialiśmy też rowery przed sklepem czy muzeum. Szwedzi są przyjaźni, choć niezbyt wylewni – zapytani, chętnie pomagali w znalezieniu drogi, nawet zdarzało się, że służyli nam jako przewodnicy. Wiele serdeczności okazywali nam spotkani w Szwecji rodacy, którzy rozpoznawali nas z daleka dzięki pokaźnych rozmiarów fladze przy rowerze Mirka.

Bardzo sprawdził się pomysł z busem, który woził nasze bagaże. Ekipa samochodowa dojeżdżała zwykle jako pierwsza do wyznaczonego miejsca noclegu i stamtąd organizowała sobie rowerowe wycieczki. Gdy zatrzymywaliśmy się na dłużej na kempingu, wszyscy razem wyjeżdżaliśmy na trasę.

Wbrew powszechnej opinii o wysokich cenach w Szwecji, nie była to zbyt kosztowna wyprawa. Skorzystaliśmy z promocji, dzięki której mogliśmy znacznie taniej kupić bilety na prom (230 zł od osoby, w tym opłata za samochód). Średni koszt kempingu to 15-20 zł od osoby. Ceny żywności w sieciach typu Netto czy Lidl okazały się zbliżone do polskich. W sumie dwutygodniowy wyjazd, wliczając w to zwiedzanie muzeów, zakupy spożywcze na miejscu, prowiant zakupiony w Polsce i ubezpieczenie, kosztował nas ok. 1100 zł.

Łącznie przejechaliśmy 1058 km. Na szczęście cały komplet części zamiennych wiezionych przez Mirka busem okazał się niepotrzebny - nasze rowery spisały się na medal!

Sukces wycieczki to oczywiście również zasługa naszej super ekipy! Dziękujemy wszystkim za uśmiech na trasie, wzajemną pomoc i dzielne znoszenie trudów wyprawy. :)))

Iwona & Małgosia - TIR
http://rowery.skc.com.pl


Dodane 5 sierpnia 2008, 12:12 przez iwcia

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika iwcia

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika Małgosia


mcsopot, 1 sierpnia 2008, 22:52
Piekne okolice:)Swego czasu spedziłem tam rok zycia i stwierdzam,za do jazdy na rowerze nie ma ładnieszych okloic i pozatym kierowcy sa mili tzn uwazaja bardzo na rowerzystow:))zupełnie inny swiat:)Zazdroszcze tej wycieczki,GRATULACJE!!!!
Piter, 1 sierpnia 2008, 22:59
suuuper zdjęcia; na żywo pewnie jeszcze przyjemniejsze widoki; tylko pozazdrościć :-)
bardzo fajna wyprawa rowerowa
Awari, 2 sierpnia 2008, 0:00
a najlepszy jest ten cyklobuss:))) ciekawe kiedy u nas coś takiego się pojawi.
iwcia, 2 sierpnia 2008, 7:11
Niestety ten cyklobus nie służy do powszechnego użytku. Kursuje tylko przez most na wyspę Olandię (długość 6 tys. metrów), który w sezonie jest zamknięty dla ruchu rowerowego.
seba24, 2 sierpnia 2008, 11:45
Zdjęcia są tak fajne, że jedno z krajobrazem mam już ustawione jako tapetę (mam nadzieję że praw autorskich nie złamałem :)))
mcsopot, 2 sierpnia 2008, 11:45
niestety:(chcielismy sie przemknac po cichu przez most ale nas zawrocili:).....
Agnieszka, 2 sierpnia 2008, 12:37
Gratuluję wyprawy! piękne miejsca! Pamiętam ten skandynawski spokój i zimne wiatry;)
Sławek, 2 sierpnia 2008, 12:48
nie no , te wiatraki to mają całkiem ładne nie to co u nas w stanie .... rozkładu ;)
A ta kładka nad płotem ze schodkami ... hmm czy Wy nie wchodziliście do jakiegoś rezerwatu ? :D
Mi to przypomina w Suwalskim Parku Krajobrazowym - przejście do rezerwatu głazowisko Bachanowo n.Czarną Hańczą tylko tam to mi się nie udało przeciągnąć roweru z sakwami ponad siatką bo było za wąsko ale dużo niżej ;)

http://picasaweb.google.com/SlawekGER/MazuryISuwalsz...
iwcia, 2 sierpnia 2008, 13:29
Kładka nad płotem była na pieszym szlaku turystycznym, który prowadził do rezerwatu "Las Trolli" na Olandii. Ale wydostaliśmy się z niego już przez zwykłą bramę. :)
Flash, 2 sierpnia 2008, 13:57
Można Wam tylko zazdrościć takiej wyprawy :)
Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę


Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość (6)