na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » [było] Manewery 2008 relacja by Elwira, 19 marca 2008



Trasa "Latający Cyrk" Minuta startowa 109.
Zespół w składzie: Elwira, Phantom, Ufo i Figa


Krótka historia drużyny cyrkowej

Słodka naiwność
Phantom po raz trzeci ponawia zaproszenie na nocne manewry. Postanawiam więc podjąć wyzwanie – w końcu raz kozie śmierć : ). Opisy tras wyglądają niewinnie, wręcz lajtowo. Przecież na czwartkowych spacerach zdarza się nam pokonywać nawet 17 km, więc 22 km nie powinny stanowić problemu (naiwna!). Marek pozwala mi wybrać trasę – spryciarz : ). Decyduję się oczywiście na ekstremalną. „Sens życia” – brzmi ciekawie. Eh, to filologiczne spaczenie! Na szczęście Marek ma miękkie serduszko i szybciutko tłumaczy mi na laicki język, co oznacza 22 km na trasie ekstremalnej. Decyzja zapada – ruszymy na poszukiwanie św. Graala.

Figa, czyli szybka zmiana planów
O 14:30 w moim mieszkanku rozlega się głośne ding – dong na gg (bo po co używać dzwonka : ). To Mxer i UFO oznajmiają, że przybyli na obiadek. Nie mamy zbyt wiele czasu, bo w Oliwie czeka już na nas Phantom, ale chłopcy oczywiście nie zdążyli zrobić zakupów, więc szybciutko ruszamy jeszcze na mały shopping : ). Jakieś pół godziny później wszyscy siedzimy już na pace Cytrynki Mxera (dla niewtajemniczonych – Cytryna to taki środek lokomocji, do przewozu towarów, a w razie potrzeby osób i „zwłok” – idealny na nocne manewry). Razem z nami do Łęku rusza Figa, czteromiesięczny szczeniaczek Tomka. Nie możemy narażać jej na ekstremalne przeżycia, postanawiamy więc, że na miejscu podejmiemy decyzję o wyborze trasy.

Modrzewiu zabrakło, więc będzie cyrk
Na miejsce spotkania docieramy nieco spóźnieni, za to w świetnych nastrojach. Tuż pod szkołą spotykamy Paffa i całą wesołą gromadką ruszmy, żeby spełnić obywatelski obowiązek wyboru trasy. Paweł szybko podejmuje męską decyzję, ale jemu łatwiej, bo będzie walczył w pojedynkę. Nasza czwórka jest jak przysłowiowych „kucharek sześć”. W końcu metodą „Oooo! Na to idziemy!” - wybieramy trasę trudną, którą jakiś dowcipniś nazwał „Tak wygląda modrzew”. Przy stoliku zapisów okazuje się jednak, że „Modrzew” ma już komplet chętnych, zostaje nam więc „Latający cyrk”, którego nazwa dużo lepiej oddaje charakter naszej drużyny :D. Teraz pozostaje tylko oczekiwanie na wyznaczenie minuty startowej.

Na korytarzu
Do startu mamy jeszcze sporo czasu. Paff ma 77. minutę startową, my – 109. Zajmujemy więc wygodną miejscówkę na korytarzu, tuż pod drzwiami sali gimnastycznej, z której na czas manewrów urządzono sypialnię. Wokół znajomy już zapach ketonalu (Marek powiedział kiedyś, że tak dla niego pachnie Harpagan). Siedzimy i czekamy. Po wyborze trasy powinno być już z górki, ale reguły są przecież po to, żeby je łamać. Phantoma dopada mały problem. Na szczęście w plecaczku mam podręczną apteczkę (doświadczenie kolonijnej „cioci” robi swoje :D. Smecta szybko doprowadza Marka do pionu i kiedy na manewrowym zegarze wybija 109 minuta – możemy ruszać w drogę.

Szczęśliwa jedenastka
Nie będę opisywać przebiegu trasy punkt po punkcie, bo do dziś zadaję sobie pytanie, jakim cudem wróciliśmy do bazy z pełnym zestawem lampionów na karcie startowej. Może tajemnica sukcesu tkwi w fakcie, że przez całą drogę mapę niosłam w plecaczku i grzecznie podążałam za Markiem : )?
Pierwszy lampion zdobyliśmy tak szybko, że nawet nie zdążyłam zauważyć, że już wyruszyliśmy (schował się co prawda w krzaczkach, ale wtedy jeszcze nie brałam tego za zły znak). Z drugim było już nieco gorzej – zaczęliśmy stąpać po grząskim gruncie, wspięliśmy się na pierwszą górkę i okazało się, że… pomyliliśmy się w obliczeniach. Pech chciał, że kiedy znaleźliśmy już miejsce wyznaczone na mapie, nastąpiła kolejna pomyłka w obliczeniach i zamiast punktu właściwego, spisaliśmy stowarzyszony. Cóż – przecież tylko saper myli się raz : ). Buty Tomka nie wytrzymały jednak nierównej walki ze strumyczkami i kałużami. Drużyna się kruszy i do punktu trzeciego zmierzam już tylko z Phantomem.
Mxer obwieszcza telefonicznie, że jest już na ognisku. Eh… Ciepło ognia i chwilka odpoczynku – cała moja motywacja : ). Zmyła na punkcie drugim sprawiła, że do kolejnych podchodzimy już z mniejszą ufnością i dzięki temu udaje się nam uniknąć towarzysza na punkcie czwartym. Chwilkę zajmują nam poszukiwania „szóstki” – zapomnieliśmy, że tym razem lampion to ognisko i spędzamy chwilkę w poszukiwaniu znaczka na drzewie : ). Na szczęście w lesie nie jesteśmy sami. Inne „czołówki” szybko uświadamiają nam pomyłkę i po chwili grzejemy się już w cieple ogniska.
W chwili, gdy już właściwie zbieramy się do wymarszu na drugą połowę trasy, do ogniska dociera Paff. Robi skomplikowane obliczenia na kartce, szybko regeneruje się jakimś niebieskim paskudztwem. Paweł częściej wędruje na azymut. Na moje nieszczęście dzieli się tym z Markiem - druga część trasy, inspirowana przez Paffa, powiedzie nas przez chaszcze, jary, rzeki i błotka.
Dzięki sprytowi i doświadczeniu Marka szybko zdobywamy siódmy lampion, ósemka też nie sprawia nam większego kłopotu – „idziemy po drutach” (wysokiego napięcia oczywiście) przez krzaki, góry i doliny, ale przed nami już „tylko” trzy punkty. Problemy zaczynają się od „dziewiątki”. Najpierw marsz przez jeżyny – dokumentowany przez kolejne rysy pojawiające się na dłoniach, twarzy i nogach. Kiedy w końcu wychodzimy na prostą okazuje się, że mój przewodnik troszkę się zagalopował i nie bardzo orientuje się, gdzie właściwie jesteśmy. Ale jak mawia Mxer, Phantom zawsze wie, gdzie jest północ, więc ostatecznie trafiamy na właściwy trop. Niestety – przez potężny jar pełen połamanych gałęzi i jeżyn oraz rzekę (tym razem to niestety nie jest strumyk). Docieram na szczyt ledwie żywa. Na szczęcie Marek ma jeszcze siły na poszukiwanie lampionu. Schował się kilka kroków od nas : ). Odzyskuję wiarę, że jednak wrócę do domku żywa.
Do miejsca, w którym powinien znajdować się punkt dziesiąty docieramy migiem. Gorzej z samym punktem. Na placu boju spotykamy dwóch chłopaków z naszej trasy. Łączymy więc siły, szukamy, szukamy… a punktu jak nie było, tak nie ma. Pojawiają się kolejni nocni manewrowicze, a lampionu wciąż brak. W końcu Mark krzyczy „mam!” i wszyscy rzucamy się do drzewa. Uffff! Teraz jeszcze tylko jedenastka i można wracać na bazę.
Zaczynamy czuć presję czasu. Troszkę go po drodze straciliśmy, a minuty do limitu biegną nieubłaganie. Marek decyduje, że znowu ruszmy na azymut. Obiecuje, że na trasie będzie już tylko jeden „malutki jar” i za chwilkę znajdziemy się w bazie. Daję się nabrać. Punkt co prawda sam niemalże na nas wchodzi, za to „jarunio” okazuje się całkiem sporym „jarkiem” i to wcale nie ostatnim na naszej trasie. Marzę już tylko o prysznicu i śpiworku. Idę, ale bardziej siłą rozpędu, niż siłą woli : ).
Docieramy na bazę, po drodze stukamy w okienko Cytrynki. Za oknem autka Paffa nikogo jeszcze nie ma, co znaczy, że pewnie walczy dalej. Dobijamy do mety, oddajemy kartę startową. Marek tłumaczy ekipie przy stoliku, co to jest RwM. Ja zastanawiam się czy warto wracać do auta, czy może lepiej po prostu paść i poczekać, aż auto przyjedzie do mnie : ). W końcu docieram do łazienki. Lustro bezlitośnie obnaża prawdę o przebytej trasie. Doprowadzam się do porządku i idę na herbatkę. W miłym towarzystwie czas mija szybko i w końcu następuje ogłoszenie wyników. Wszyscy bijemy brawa dla Paffa, który wybił się na drugie miejsce w Hiszpańskiej Inkwizycji : )
Dyplomy, nagrody – może i ważne, ale najważniejsze chyba jest to uczucie, że udało się pokonać samego siebie, zmierzyć z własną słabością i… przeżyć coś niesamowitego : ) A najcenniejsza pamiątka? Wspomnienia, które zostaną w nas : ).
Kolejne manewry już niedługo, może tym razem wyjmę mapę z plecaka : ) ?

Text by Elwira



Dodane 19 marca 2008, 08:57 przez paff

Phantom, 19 marca 2008, 19:34
Fajna ta relacja :D
TW, 20 marca 2008, 6:18
Phantom, racja :) Fajna ta relacja :D
Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę


Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość (225)