na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » [było] Manewery 2008 relacja by Quatrolibro , 18 marca 2008



Trasa "Hiszpańska inkwizycja" Minuta startowa 23.

Rozmawiamy sobie na zewnątrz, przed szkołą, gdzie znajduje się baza manewrów, pstrykamy zdjęcia, patrzę na zegarek a tu moja minuta startowa właśnie mija, biegnę do punktu startowego, biorę mapę, kartę i wracam do rozmowy z resztą towarzystwa z RwM. Oczywiście chcą zobaczyć mapę...

PK 1
Ruszam do punktu pierwszego, obok kościoła w lewo, potem obok cmentarza i dalej w las. Nie jest jeszcze ciemno, czołówkę włączam tylko patrząc na mapę, idę drogą, liczę kroki, jestem w pobliżu punktu, sto metrów w prawo, drogą na górkę, rozglądam się wygląda że punkt jest trochę dalej na następnej górce o innym kształcie, sto metrów w lewo i jest, wchodzę prosto na lampion, PK 1 zaliczony. Robi się ciemno.

PK 2
Dookoła jary i strumienie, nie ma dróg. Ruszam w linii prostej do asfaltu którym planuję dotrzeć do PK 2. Prosto od jedynki schodzę do jaru. Stromo, ślisko, pełno gałęzi a jeżyny łapią za nogi. Jestem w połowie i mam dosyć, ktoś świeci czołówka na górze za mną widzę że rezygnuje, ja nie wracam. Schodzę na dół, strumień jest głośny ale mały, przeskakuję i ruszam pod górę - jeszcze więcej gałęzi i jeżyn ale już wiem, nie jestem zaskoczony. Wchodzę do góry, trochę łatwego terenu i znów schodzę do kolejnego jaru. Idę cały czas w kierunku wskazanym przez kompas, nie chce mi się patrzeć na mapę ale mam przeczucie że można było spróbować innej drogi - pierwszy poważny błąd. Schodzę do jaru przeskakuję strumień i dalej pod górę. Podejście jest tu łatwiejsze nie ma przeszkód ale jest stromo i wysoko, jakiś chłopak idzie w tym samym kierunku. Docieramy do drogi i odnajduję to miejsce na mapie. Mała korekta kierunku, widzę na mapie jeszcze jeden jar, bez słowa ruszamy w tą samą stronę przez paskudne jeżyny. A potem stromy jar, do którego wchodzę nieomal wieszając się na drzewkach, które rosną tu strasznie gęsto. Wreszcie docieram do asfaltu, mam parę metrów pomyłki, cofam się do krzyżówki i dalej prosta i równą asfaltową drogą. Dochodzę do leśnej drogi, wyznaczam azymut i ruszam do punktu. Niestety omijam go i docieram do położonego 50 metrów dalej, bardzo charakterystycznego jarku. Celuję jeszcze raz od jarku i zaraz trafiam na punkt. Przychodzą inni, okazuje się znajomi, ale dalej idę sam znikając bez słowa.

PK 3
Wracam do asfaltu, teraz też nie udało się dokładnie trafić na azymut. Co się dzieje ? Oczywiście nie ma drogi do następnego punktu. Ruszam trochę na około i to okazuje się złym pomysłem, droga znika w dodatku robię się strasznie głodny i muszę coś zjeść. Wracam do asfaltu i ruszam w przeciwnym kierunku, jeszcze bardziej na około. Idzie się znakomicie aż się zagapiłem i zaszedłem 200 metrów za daleko, Cofam się i odnajduję drogę, potem krzyżówkę i dalej idę drogą w dół do rozległego jaru i rzeczki. Droga jest zawalona gałęziami i w końcu znika. Rzeczka okazuje się zbyt szeroka żeby ją przeskoczyć, znajduję łachę piachu tuż pod wodą, na środku rzeczki, duży krok i chlup noga zagłębia się powyżej kostki w miękkim piachu. Nic się nie nalewa, mam ochraniacze, ale but oblepiony mułem przez chwilę waży 2 kg. Ruszam na górkę, na której spodziewam się punktu, na innych też się spodziewam. Wchodzę na wzniesienie, przy punkcie stoją dwie osoby ale z innej trasy, pokazuję im gdzie są i sprawdzam jeszcze jedno miejsce. Innych lampionów nie ma, spisuję ten co znalazłem.

PK 4
Najpierw droga w górę, na duże i rozległe wzniesienie, do granicy kultur. Trafiam na łąkę i dalej idę jej krawędzią do charakterystycznego miejsca. Wyznaczam azymut na PK 4 i ruszam do kolejnego jaru, trudno utrzymać kierunek. Nie wiem czy dobrze wyszedłem, szukam jakiegoś charakterystycznego miejsca. Jakiś biegacz nieproszony wskazuje mi drogę do punktu ale chyba się pomylił, moim zdaniem to stowarzysz. Ma być osuwisko a nie jarek. Ruszam na azymut od drogi, trafiam na punkt i spisujących go uczestników. Żartuję że organizatorzy powinni go umieścić na dole tego osuwiska, było by weselej ale okazuje się że oni go już tam wcześniej szukali. Fajnie się rozmawia ale czas ruszyć dalej.

PK 5
Idę drogami, miejscami jest bardzo mokro, mały skrót i trafiam na rzekę, głupi błąd. Patrzę na mapę, korekta trasy i idę do mostu. Droga jest szeroka, dużo zakrętów, w dole szumi rzeka. Jakaś głupia myśl, patrzę na kompas, widzę że idę w przeciwnym kierunku, wracam około 300 metrów do mostu, sprawdzam kierunek, szedłem jednak dobrze, parę minut straty. Docieram do jaru którym płynie strumień, tędy chcę dojść do punktu. Jest tak jak myślałem: błoto, gałęzie, zwalone drzewa. Męczarnia. Na końcu, tam gdzie się spodziewałem, punktu nie ma. Jestem pewny ze stoję w dobrym miejscu. Nadchodzi Paff i jeszcze jeden człowiek. Znajdujemy punkt kilka metrów dalej i zgadzamy się że jest umieszczony nieprecyzyjnie, albo celowo schowany żeby było trudniej... w przepisowych 25 m jednak się mieścił.

PK 6
Paff i nieznajomy ruszają dalej, ja idę po swojemu i trafiam na płot, przypominam sobie że mówili coś o płocie... Za płotem kilka par świecących oczu, chyba sarny. Trafiam do drogi. Uświadamiam sobie że krucho jest z czasem, Paff mnie zdublował i jest ciężko, trasa nie jest "bardzo trudna" tylko "ekstremalna". Podchodzą jakieś chłopaki, pytają o drogę, potem następni. Wiem gdzie jestem ale niczego nie jestem pewny. Ktoś inny jęczy że chce już do ogniska najkrótszą drogą. Podchodzi jakiś facet, jego też pytają. Potwierdza moja wersję. Ruszam dalej. Szukam małej przecinki jako punktu orientacyjnego do poszukiwania lampionu. Wszedłem w nią kilka metrów ale zawróciłem, nie dało się iść, może to wcale nie była przecinka. Robi się tłoczno. Ludzie nadchodzą z różnych kierunków i znikają w innych, ci z tras łatwiejszych pytają gdzie są. Cofam się podchodzę z innej strony, znajduje punkt. Znów dużo ludzi "poszukiwacze św. Grala" maja na górce obok swój punkt, czyli naszego stowarzysza a my ich stowarzysza. Ziemia ma kształt banana.

PK 7 (ognisko)
Przy poprzednim punkcie było chyba z 7 osób z mojej trasy. Mój wariant dotarcia na ognisko wybrał tylko jeden. Idziemy tak samo, zatrzymujemy się w tych samych miejscach, patrzymy na mapy, w tym samym miejscu wybieramy drogę na azymut. Niby razem ale zupełnie osobno, bez jednego słowa. Jeden stopień różnicy w wyznaczaniu azymutu i towarzysz ginie mi z oka. Nie wiem kto pierwszy trafił na ognisko. Na ognisku Mixer czyha z aparatem i każdemu gębę uwiecznia. Hania przeprasza mnie że są tylko kiełbasy. Wyciągam swoja kaszę z daktylami i zajadam, niestety jest zupełnie zimna ale to najlepsze jedzenie na wysiłek, nie obciąża organizmu i daje dużo energii i jest wegetariańskie. Ktoś suszy skarpetki na ognisku, bujają się nad ogniem i parują pośród kiełbas. Robi mi się zimno, ruszam dalej.

PK 8
Po stopczasie nie umiem wrócić do wcześniejszego rytmu. Gubię się, wracam, podchodzę jeszcze raz wchodzę w podmokły teren i rezygnuje nie ma drogi to nie, idę prosto przed siebie. Znów rzeczka a więc dalej będzie droga. Docieram do niej i idę do charakterystycznego rozwidlenia. Przegapiam je i docieram do łąki, drugi wyraźny punkt orientacyjny. Trzy dziewczyny pytają gdzie są. Wracając znajduję w spodziewanym miejscu rozwidlenie i nieużywaną drogę. Kolejną drogę do nikąd. Urywa się niespodziewanie. Jakieś chłopaki już miotają się tam bezradnie. Wybieramy kierunek i przekraczamy kolejna rzeczkę. Niespodziewanie docieramy do jeziorka. Chłopaki twierdzą że to jeziorko jest na mapie i ze zaszliśmy za daleko. Według moich obliczeń nie jesteśmy za daleko, to jeziorko, na mapie jest zaznaczone jako bagno. Wyznaczam kierunek i po chwili jesteśmy przy punkcie.

PK 9
Znów zebrało się trochę ludzi i nawet pies. Ruszam a pies w tym samym kierunku węsząc za jakimś śladem idzie dwa kroki przede mną. Właściciele idą za nami. Potem się rozdzielamy, słyszałem jak zawołali psa i znikli wszyscy troje. Moja droga nie idzie tak jak bym chciał, jest tak niewyraźna że poruszam się intuicyjnie, chyba zboczyłem mocno bo spodziewałem się rzeczki a tej nie ma. Okazało się że ominąłem ją i dotarłem do drogi o wiele dalej niż chciałem. Droga prowadzi mnie do innej rzeki wzdłuż której będę szukał następnego punktu. Rzeczka wije się jak szalona, zupełnie nie wiem jak podejść ten punkt. Najpierw idę w linii prostej ale docieram za daleko, zaliczam trzecią przewrotkę, zaryłem czołówką w ziemię, spadła mi z głowy, jak się podniosłem to nie było widać gdzie leży. Wracam brzegiem oglądam prawie każde drzewo. Nic to nie daje, nie mogę znaleźć tego punktu, odpuszczam, wracam na drogę i ruszam do następnego punktu. Przychodzi mi do głowy spróbować jeszcze raz, granicą kultur ale znowu nic z tego odpuszczam po dojściu tu na około, po godzinie bezsensownych poszukiwań...

do mety
Idę długa, prostą drogą, liczę parokroki ale co chwilę się mylę, 23, 24, 27, 29, 30, 31, 42, 43, nie 35, 36 ... która to pięćdziesiątka, 300 czy 500 metrów ? Przez chwilę myślę o PK 10, odbijam nawet w jego stronę ale rezygnuję. Wracam na drogę do mety, to będzie ładnych parę kilometrów. Idzie się dobrze, prosto, po drodze nikogo nie spotykam, gdzieś na krzyżówce mignął mi lampion z innej trasy. Droga teraz stromo schodzi do rzeki, zaczynają się gałęzie, zwalone drzewa, prawie nie daje się przejść. Odbijam w bok ale nie jest lepiej, jest koszmarnie. Myślę sobie o szerokiej ładnej ubitej i suchej drodze jaka będzie na dole. Taka właśnie jest. Dochodzę do mostu i robię odpoczynek. Przy mostku stoi tablica z mapą. Zupełnie nie mogę się w niej połapać. Z mojej wynika ze trzeba iść ścieżką wzdłuż jaru. Robi się trochę jaśniej. Za każdą minutę leci mi 10 punktów karnych. Ale co tam, jest super, do 8 PK szło mi dobrze, spotkałem wielu znajomych. Śpiewają już ptaki, jar jest przepiękny, ogromny, kilka razy skaczę przez strumień. Potem ścieżka znika, zaczyna się błoto, zwalone drzewa. Wpadam w podmokły teren, nogi wlazły do połowy łydki w błoto, nie mogę ich wyciągnąć, rozpaczliwie łapie się gałęzi zwalonego drzewa i jakoś się wydostaję. Wspinam się na zbocze, ogromne i strome. Po prostu przepiękna okolica. Myślę że na górze już będzie łatwo. W oddali widzę światło czołówki, dwie osoby idą w moją stronę, schodzą na dół, wołają mnie więc czekam. To zawodnicy od św. Grala. Idziemy dalej razem. Prosto przez łąki, przez kolejny jar i rzeczkę. Jest już zupełnie jasno, z różnych stron zachodzą się niedobitki uczestników. Jest pięknie, wspaniale...




Dodane 18 marca 2008, 13:52 przez quatrolibro

Mxer, 18 marca 2008, 23:36
:)
Janusz, 19 marca 2008, 6:46
cassielu, w brodzie ciemnej, wreszcie złapałeś wirusa RwM !!! Gratuluję :)
Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę


Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość (12)