na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » Rowerowy Sylwester, 31 grudnia 2007



Zacznę w sposób nieznośnie dydaktyczny i powtarzalny – otóż podtrzymuję swoje zdanie, że Sylwester to wyśmienity czas, by zaliczyć w miłym towarzystwie parę kilometrów na dobrą wróżbę na rok następny :).

Przekonana o swojej racji, za wszelką cenę starałam się sprowokować któregoś z rowerzystów do zorganizowania wypadu w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia. Niestety nic z tego nie wyszło i sama zostałam organizatorką z przypadku, nie znającą drogi, w pełni zdającą się na wiedzę uczestników rajdu :P.

Wbrew złośliwości PKP i złym prognozom, na rajdzie zjawiło się 13 uczestników: Agnieszka, Asia Jesion ze swoim znajomym na pięknym czerwonym rowerze na ramie Orłowski (czerwone rowery są najszybsze:P), Batik, Cybula, Flash, Jaro, Michał z Sopotu (tzw. mcsopot – master od ceremony, nie mylić z McDonald's), Satan, Wojtek na swoim GT i Zdzisław, no i ja, Katarzyna.

Początkowo towarzyszył nam też Marek z WTC, który pięknie wyprowadził nas za Połchowo. Hm, teoretycznie miałam na Flasha zrzucić prowadzenie, bo totalnie nie znałam drogi, ale nagle gdzieś z Wojtkiem zginął w ciemnych i terenowych czeluściach nocy. Reszta zaś rowerzystów gorąco poparła opcję asfaltową. Ją też wybraliśmy, by w całkiem nieżłym jak na sporą grupę tempie przemieszczać się w stronę Hel(l)u. Flash i Wojtek odnaleźli się parę kilometrów za Władysławowem, gdzie też Batikowi udało się wykrzesać iskry z kamiennej przeszkody, która nagle pojawiła sie na scieżce rowerowej.

Warto też wspomnieć o innych atrakcjach rajdu – Satanie, który Phantomowym sposobem przyjechał zupełnie pozbawiony hamulców – jestem nadal pod jego umiejętności bezwypadkowego pokonywania zakrętów ciemnej ścieżki rowerowej.

Bez większych kłopotów (nie licząc Cybulowej gleby) dotarliśmy do Hel(l)u – jedni parę minut prędzej, drudzy parę minut później. Tu, w porcie otworzyliśmy nasze nieprzepisowe szampany (podziękowania dla Satana i kolegi Asi), a Wojtek podzielił się z nami przepysznym keksem. Pooglądaliśmy malownicze fajerwerki, a sami staliśmy się rodzajem atrakcji turystycznej. Grupka rozweselonych winem musującym świętujących wzięła nas chyba za reprezentację kolarską kraju
(“Ooo, nasi!!!” i tym podobne:P).

Ostecznie zimno zmusiło nas do ruszenia w drogę powrotną. Tu znów budziliśmy zainteresowanie większe niż Unidentified Flying Objects (Ach, te flesze błyskające z samochodów :P). Do Władysławowa pomykaliśmy tak szybko, jak kto potrafił. Na stacji benzynowej tuż przy wjeździe do miasta skorzystaliśmy z dobrodziejstw kulinarnych baru. Niestety, wejście do środka celem ogrzania się okazało się niemożliwe. Stąd też 2 km dalej dopadliśmy ciepłą stacyjkę Orlenu, gdzie co prawda bar był zamknięty, ale toaleta otwarta, ciepła woda w kranach dostępna, a grzejnik w korytarzu bardzo ciepły :D Tu nastąpił wyraźny rozłam rajdowiczów. Agnieszka, Asia, Flash i ja przytuliliśmy się do grzejnika, odmawiając wyjścia. Wojtek polewał się gorącą wodą i tez wyrażał swój negatywny stosunek do natychmiastowego kontynuowania trasy.

Grupa podzieliła się – masochiści termiczni patrzyli na nas złym okiem, zmuszając nas do wyjścia, zwolennicy ciepła odpierali ich atak śmiechem. Ostatecznie trzeba było jednak wyjść. Tu podzieliliśmy się na dwie grupy. Mocno cisnący w osobach Batika, Cybuli, Jaro, Michała i Zdzisława pognali w stronę Gdyni. Mniej zmotywowani podążyli wkrótce wolniej za nimi (w tym i ja). Jednak ciepło szynobusu zatrzymującego się w Pucku coraz bardziej nas kusiło. Ostatecznie Asia i jej kolega ulegli jego czarowi, zaś Satan i Aga zdecydowali się pognać gładziutką i pustą główną drogą do Redy, uprzednio załatawszy satanowe koło.

Flash, Wojtek i ja skierowaliśmy się zaś szosowymi opłotkami w stronę centrum Gdyni. Toczyliśmy się wolno, napoje, prócz szampana, powoli się kończyły. Na Pogórzu, gdy jeszcze twardo cisnęliśmy, dopadł nas telefonicznie Batik siedzący już w SKMie jadącym z Chyloni.
Droga zapewne minęłaby bez przygód, gdyby nie wyrażony przez Flasha żal z powodu braku interesujących problemów technicznych na trasie. Poskutkowało to natychmiastowym zerwaniem się, niezniszczalnej według słów Wojtka, spinki Connexa trzymającej w kupie łańcuch jego roweru :D.

Dla mnie ostatecznie rajd skończył się w SKMce startującej do Tczewa z Gdyni Głównej o 6.48. Zaś Wojtek i Flash po odstawieniu mnie do pociągu, pognali na rowerach do swoich domów.

(n.b. w SKMce spotkałam nieznajomego bikera w cywilu, próbującego dowiedzieć się czegoś o szczegółach naszego rajdu, którego zapowiedzi czytał. Jednak byłam tak senna, że nawet nie wiem, co mu odpowiedziałam:D W każdym razie, pozdrawiam :D).

Trochę zmarzliśmy, trochę się zmęczylismy, ale mam nadzieję, że warto było..

P.S, Wielkie dzięki dla Agi za uświadomienie mi, czemu mój przeklęty amortyzator odmawia pracy :)



Dodane 2 stycznia 2008, 13:43 przez Kasia

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika Flash

Fotorelacja uczestnika Kasia


Jaro, 2 stycznia 2008, 18:18
Wycieczka udana jak dla mnie , pogoda nie najgorsza .
Pierwszy mój sylwester na kółkach było exstra ;).
Towarzystwo jak zawsze wyśmienite i nawet niezła ekipa się zebrała liczebnie .
Dzięki za fajny rajdzik :).
Pozdrawiam . Do następnego wypadu :).
cybula, 2 stycznia 2008, 21:08
Najlepszy sylwester w zyciu!!! :D Bylo na prawde genialnie
Czekamy jeszcze na relacje :)

Pozdrower!
Wojtek, 2 stycznia 2008, 21:29
za dużo tego nie napstrykałem :-( ale macie parę fot na pożarcie

Pozdrawiam noworocznie ;o)
Agnieszka, 2 stycznia 2008, 22:05
zdjęcia super:) a ja jeszcze dziękuję Batikowi, za to że mnie poratował światłem w ciemnościach:)
Piter, 20 grudnia 2009, 16:36
może by czas pomyśleć żeby i w tym roku na rowerowy sie wybrać ??
czasu coraz mniej już zostało??
Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę


Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość (292)