na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » Relacja z Rumunii, 15 stycznia 2011



Jako, że nastały liche dla podróżników dni, przedstawiamy dla zabicia nudy trochę fotek z wrześniowego wypadu do rumuńskiej Transylwanii. Wyjazd miał się odbyć pod koniec sierpnia i jego głównym celem miało być najwyższe rumuńskie pasmo (rum. Munţii Făgăraşului), a jednym z celów dach tego kraju, czyli Moldoveanu (2544mnpm). A plany pozmienialiśmy ponieważ już na starcie z pewnych miłych przyczyn musieliśmy przełożyć nasz wyjazd o 3 dni. Dodatkowo na miejscu okazało się, że aura i temperatury nie sprzyjają górskim włóczęgom i biwakom pod namiotem na wysokości Koziego Wierchu. Tak więc mała zmiana i eksplorujemy zakątki Transylwanii, a G. Fogaraskie zostawiamy na następny raz (choć nie tak do końca).
Całość odbyła się za pomocą licznych sposobów na podróż komunikacją publiczną i prywatną. Po całonocnej podróży pakujemy się w Przemyślu do busa, który wiezie nas do granicy polsko – ukraińskiej (2zł/osobę). Samo przejście bez kłopotów, jednym ciągiem, w marszu. Całość zajęła nam około 5min. Po drugiej stronie niespodzianka. Rozkład jazdy busów do Lwowa! Kultura?! Cywilizacja?! Tak, ale tylko przez pierwsze kilometry. Potem już tamtejszy standard. Upchany bus do granic możliwości, a na kolejnych przystankach nowi ludzie i tak dają radę się wpakować. Aga wygodnie siedzi koło kierowcy, ja zajmuję dwa miejsca, moje cztery litery plus dwa plecaki z karimatami i namiotem. Ludzi to nie denerwuje. Chyba. Jazda trwa ok. 100-110min i kosztuje 15-16,50hrw. We Lwowie jesteśmy przed południem. Nasz pociąg startuje wieczorem, więc mamy trochę czasu aby powałęsać się po znanych nam już z poprzednich wypadów uliczkach miasta, odwiedzić ulubioną jadłodajnię, zaopatrzyć się w chałwę. Na dworzec wracamy około godzinę przed odjazdem pociągu. Wówczas mamy pierwszą przygodę. Podchodzą wojskowi i proszą o „pasporta”. Daję. Coś kręcą nosem. Chcą karty emigracyjnej. Gdzieś czytałem, że nie jest już obowiązkowa. Zresztą pytałem na granicy ukraińskich celników. Skazali, że „nie nada”. A ci się uparli. Gadamy tak z 20min. My swoje. Oni swoje. W końcu się uśmiechnęli, oddali paszporty i puścili „wolno”. Jedziemy nocnym pociągiem do Czerniowców. Wykupiliśmy klasę kupe, z pościelą. Na miejscu jesteśmy o 8:40. Pociąg do Braszova mamy o 11:15, a tu jeszcze sporo przebijania się. Na 100% nie zdążymy…kilka razy już zdarzało mi się przekraczać granicę ukraińsko-rumuńską na przejściu Czerniowce-Siret, wówczas zawsze pod dworcem w Czerniowcach stali „prywaciarze”, co to za kilka $ przewiozą z Czerniowców do Suczavy. Jednak obecnie wieści z netu nie były optymistyczne. Ponoć miał też jeździć autobus relacji Czerniowce – Suczava. Tak czy inaczej zaraz po wyjściu z dworca zagaja nas gość, że powiezie pod granicę. Wg niego coś tam jeździ do Suczavy, ale tylko o 5:00 rano. Nie chcemy kombinować. Łykamy jego drakońską sumę 100hrw…i jedziemy. Pod granicą zamieszanie. Ponoć Rumunii ostro „trzepią”. Muszę tutaj dodać, że jesteśmy tylko i wyłącznie na przejściu drogowym, ale ponoć turystów „propustajut”. Nasz szofer coś zagaduje do ukraińskiego pogranicznika, ale ten przecząco macha głową. Dowiadujemy się, że nici z przejścia. Szofer macha tylko ręką i odjeżdża. My chwilę się opanowujemy i Aga rzuca pomysł aby wszystkie bety na siebie zarzucić i podejść z uśmiechem do ukraińskiego mundurowego. Możemy? Pewnie! Turyści mogą! Walimy z buta do budki Ukraińców. Dwie minuty i po sprawie. U Rumunów o połowę szybciej. Jesteśmy w kraju Vlada Tepesa „Palownika”! Teraz zadanie aby dostać się do Suczavy, około 50km. Zaraz za granicą są pierwsi chętny do podrzutki (autostop w Rumunii jest z reguły płatny). Panowie podrzucają nas 5km do Siretu. Tam powinny być busy do Suczavy. Wypłacamy im 5$ i dziękujemy. W Sirecie wymiana „zielonych” na ichnie leje. Bardzo ładne pieniążki. Wymiany dokonujemy w banku i tym samym stajemy się posiadaczami trzech paczuszek pieciolejowych. Każda paczuszka po 100 banknotów…tak grubych portfeli nie mamy…W Sirecie czekamy na bus, łapiąc w międzyczasie stopa. Są chętni, zawiozą do Suczavy. Na miejscu chcą 25lei. Jesteśmy 30min po odejdzie pociągu do Braszova. Szukamy noclegu. W końcu lądujmy w hostelu. Tutaj po raz pierwszy przekonujemy się, że noclegi w Rumunii do najtańszych nie należą. Płacimy po 55lei/osobę. Rozkładami się z bagażem, częstują nas herbatką/kawką. Dostajemy poglądową mapkę Suczavy i jej największe atrakcje, z których trzy trzeba zobaczyć musowo. Jak mus, to mus. Idziemy. Pierwsza jest Cytadela Suczavska (Cetatea de Saun), której początki pochodzą z 1375r. Niedaleko jest muzeum bukowińskie, które pokazuje stare, oryginalne budownictwo i zwyczaje rejonu Bukowiny. Następnie swe kroki kierujemy do Monastyru Św. Jana „Nowego” (Manastirea Sf. Ioan cel Nou) budowanego w latach 1514-1522. Poza tym staramy się jeszcze inne starsze, sakralne budowle. W tzw międzyczasie dowiadujemy się, że pociągi z Suczavy do Braszova nie jeżdżą, bo gdzieś na trasie zawalił się most…zostaje autobus. Z Suczavy do Braszova kursują dwa autobusy/dobę (6:30, 8:30), podróż trwa ok. 6h i kosztuje 50lei/osobę. W Braszovie pochmurno, chłodno i pada. Poszukujemy noclegu. Wreszcie nieco zrezygnowani lądujemy w jednym z pensjonatów, płacąc po 60lei/dobę. Tutaj będzie nasza baza wypadowa na najbliższe dni. Kolejnego dnia chcemy pojechać do Sinai. W pociągu mała konsternacja…dwie dziewuszki siedzą na naszych miejscach. Krótka rozmowa, małe wyjaśnienie sprawy i wiadomo o co chodzi. Dziewczyny kupowały bilety 2 dni temu i dostały bilet z datą dnia zakupu (na pociąg, który w chwili zakupu był już od 2h w trasie tego dnia). Śmiesznie to wyglądało na bilecie. Odjazd o 10:15, bilet zakupiono o 13:20. Panny okazało się, pochodzą z Australii i podróżują od miesiąca. Wcześniej były we Włoszech, Słowenii, Austrii, Czechach, Polsce, Słowacji, na Węgrzech, a teraz udają się do Bukaresztu na samolot do domu. Konduktor był nieugięty. Stanowczo nakazał kupić im dwa nowe bilety. Problem w tym, że nie miały kaski w żywej gotówce, a on nie miał maszyny do kart. I tak przepychanka trwała dobre 45min. Po tym czasie nasze słowiańskie serca zmiękły i pożyczyliśmy im brakującą kasę (30lei). W końcu były w Polsce. Chwaliły. W zamian Aga dostaje pamiątkowy medalion ze Słowacji. Potem już bez zgrzytów docieramy do Sinai. Na początek idziemy do monastyru (ortodoksyjne prawosławie). Tam zwiedzamy stary i nowy budynek sakralny, pozostałe zabudowania. Podoba nam się. Następnie główna atrakcja – Zamek Pelesz (Castelul Pelişor). Misterna budowla, wzniesiona na przełomie XIX/XXw jako letnia rezydencja króla Rumunii, a że królowi blisko było do Bawarii, to sprowadził sobie jej klimat właśnie do Sinai. Wnętrze można zwiedzić i warto. Bilet 15lei/osobę. Jadąc do Sinai za oknem mogliśmy podziwiać Góry Bucegi, z ich najwyższym szczytem Vf. Omul (2505mnpm)…niestety od wys. około 2300mnpm leżało białe szaleństwo…przejście grani Fogaraszy z namiotem zostawiamy na inny czas. Kolejnego dnia udajemy się do perełki Transylwanii, czyli Szigiszoary (Sighişoara). Jest jeden z najlepiej zachowanych kompleksów średniowiecznych, ciągle zamieszkały. Zaczynamy od Wieży Zegarowej, najbardziej znanej budowli. Wnętrze można zwiedzić za kilka lei, z samej góry fantastyczne widoki na miasto i okoliczne wzgórza. Tuż obok jest dom, w którym kilka lat spędził Vlad Dracul, ojciec pierwowzoru Drakuli czyli Vlada „Palownika” Tepesa. Tam najpewniej urodził się nasz Drakula. Vlald Tepes rządził okolicznymi terenami. Dał się poznać jako okrutnik, który nie zabijał wrogów (nie od razu). Po bitwie zbierał rannych i nadziewał ich na drewniane pale, rozstawiając je wzdłuż granic swego księstwa. Po tej lekcji historii idziemy na tzw Szkolne Schody zbudowane w 1662r aby chronić dzieci idące do szkoły przed deszczem, śniegiem i innymi problemami. Schody wyprowadzają nas na wzgórze, gdzie stoi Kościół na Wzgórzu. Ponownie wracamy do „centrum” i raczymy się spacerkiem po zakątkach i wąskich uliczkach Szigiszoary. W kolejnym dniu nigdzie nie jedziemy, zwiedzamy Braszów. Zaczynamy od rynku i stojącego w centrum Ratusza. Tuż obok stoi cerkiew Sfanta Adormire Maicie Domnului. W rynku króluje jednak inna budowla, to Czarny Kościół (Biserica Neagra), jedna z największych katedr gotyckich w tej części Europy (1447r). Następnie naszym łupem pada jedna z najwęższych ulic Europy – Strada Sforii. 83m długości, ok. 1,32m szerokości. Później kręcimy się trochę po uliczkach starego miasta, idziemy wzdłuż murów obronnych, starych baszt, dochodzimy do dolnej stacji kolei linowej na górę Tampa (955mnpm). Góra leży w samym centrum miasta, na szczycie jest restauracja, ale przede wszystkim platforma widokowa. Rewelacyjne widoki na Baszów i rozległe okolice. Wjazd tam i zjazd w dół, to koszt 13lei/osobę. Warto! Wieczorem rozsiadamy się nad mapą i główkujemy jakby tu liznąć Gór Fogaraskich. Opcję ciągłej węrówki z namiotem odrzuciliśmy już wcześniej. Po namyśle pada na schronisko Cabana Valea Sambetei (1401mnpm) i eksplorację na lekko okolicy. Jedziemy busem w kierunku Sybinu, oczywiście kierowca zapomniał o nas i grzeje na przód…po małej awanturce wysiadamy dokładnie przy znaku wskazującym, że tu kończy się Voila, a my chcieliśmy w „centrum”, by stamtąd łapać stopa, bo komunikacja publiczna tam nie istnieje. Nieco rozsierdzeni zostajemy zagadnięci przez gościa siedzącego w starej Dacii kilka metrów od nas. Dogadujemy się, że za 30lei zawiezie nas pod wylot doliny. Jedziemy. Przed wyruszeniem na właściwy szlak zwiedzamy jeszcze pobliski monastyr (Manastirea Brancoveanu). Marsz w pełnym rynsztunku zajmuje nam ok. 3h. Niestety pogoda marna, niskie chmury, wilgoć wisi w powietrzu. W schronisku bieda. Brak prądu, brak ciepłej wody, wychodek w drewnianym budyneczku poza schroniskiem, do tego zimno. Ale jest miły chatar, można z nim pogadać po angielsku. Ponadto mamy tam mini arkę Noego – kilka psów, koty, króliki, jest też osiołek (tamtejszy „nosicz”). Cena noclegu to 30lei/osobę. Rozkładamy się z klamotami w niewielkiej „czwórce”. Jakiś czas po nas przychodzi wesoła gromadka Bułgarów. Celują w dach Rumunii Moldoveanu (2544npmp). Ze schroniska na szczyt powinno być ok. 6-7h, na powrót trzeba przeznaczyć 5-6h. Nam też gdzieś ten Moldoveanu zaprząta myśli. Gadamy, jest palinka, pojawia się chatar ze świeczką, znajduje się gitara. Bardzo miły wieczór. Umawiamy się z Bułgarami, że rano o 6:30 ruszamy. Podczas wieczornego spacerku do sławojki mamy nad sobą miliardy gwiazd. Takie niebo jest tylko w górach! Rano…ulewa. Moldoveanu musi zaczekać. Bułgarzy też odpuścili. Śpiwór, liofilizacik, herbatka, książka. Przeczekujemy. Do 11-ej przestaje padać. Zbieramy się. Za cel obieramy sobie przełęcz Fereastra Mare a Sambatei (2188mnpm). Przez pierwsze 2h wędrujemy we niskich chmurach i mgle. Na szczęście nie pada. Nagle zaczynają się przejaśnienia. Te chwile wyraźnie dodają nam mocy. Widać przynajmniej przez chwilę nasz cel, naszą drogę i okoliczne olbrzymy – Vf. La Paraul Larg (2333mnpm), Vf. La Cheia Bander (2383mnpm), Coltul Balateni (2288mnpm). Im wyżej tym mniej chmur. Widoki zapierają dech w piersiach. Ok. 15:00 meldujemy się na przełęczy. Po drugiej stronie wyłonił się masywny Braul Darei (2168mnpm), w głębi Vf. La Funduj Bandei (2454mnpm). Wokół morze gór. My pochodzimy nieco wyżej, aby „złamać” 2200mnpm. Patrzymy w kierunku Moldoveanu, horyzont za mgiełką, sporo chmur, dużo łat śniegu…nie tym razem. Kontemplujemy, nasycamy się tym co mamy. Zejście bez animuszu, nie chcemy w doliny, tym bardziej, że jutro robimy odwrót i powolny powrót do Gdańska. Ranek jest słoneczny, gorący wręcz. Jemy nieśpiesznie śniadanie w asyście osła. Po chwili zjawia się pasterz, a my otrzymujemy od chatara zimne piwko i herbatkę z owoców leśnych jako podziękowanie za dwie paczki „Poznańskich”, które mu sprezentowaliśmy dzień wcześniej. Pasterz prosi o fotkę, nie chce za nią pieniędzy. Daje nam za to kartkę z napisaem w jez. angielskim, gdzie się przedstawia i prosi aby fotkę wysłać na jego e-mail…I jak tu schodzić? Wahamy się, choć i tak wiemy, że zejdziemy. Nocować chcemy w hotelu u wylotu doliny. Warunki super, płacimy 47,5lei/osobę. Rano budzi nas ulewa, chmury są gęste, ciężkie. Dobrze, że wczoraj zeszliśmy. Mimo deszczu opuszczamy hotel. Dziś czeka nas autostopowanie. Na jedną noc wracamy do Braszowa. Po kilkunastu minutach zabiera nas z szosy młody Rumun. Zawiezie nas do najbliższej wioski. Jedziemy. Zawsze to 8km bliżej celu. W trakcie jazdy miła rozmowa o turystyce, Rumunii, Rumunach i gość wiezie nas do głównej szosy (to już 15km bliżej Braszowa!). Rozmowy ciąg dalszy i…lądujemy jeszcze dalej niż chcieliśmy. W Fagaraszu. Stąd mamy już bezpośredni pociąg do Braszowa. Do odjazdu jeszcze 1,5h. Mamy czas na pokręcenie się po mieścinie, szczególnie chcemy zobaczyć tutejszą cytadelę (1623r). Na dworcu brak przechowalni bagażu, udaje nam się szczęśliwie namówić bileterkę aby u siebie na godzinkę przetrzymała nasze plecaki (w podzięce otrzymała dobrą czekoladę). Z Fagarsza osobowym pociągiem za 7,5lei/osobę jedziemy 65km do Braszowa, tam dekujemy się na jedną noc w znanym nam już pensjonacie. Następnego dnia rano mamy autobus do Suczavy, gdzie nocujemy w miłym pensjonaciku (miejsce zabukowaliśmy sobie będąc tutaj kilka dni wcześniej), płacimy 45lei/osobę
Zostało nam już tylko przebicie się na Ukrainę, a następnie do Polski. Pociąg z Czerniowców do Lwowa mamy o 20:35, więc wybieramy busa jadącego do Siretu, dalej w kierunku granicy już nic publicznego nie jeździ (można podejść ok. 5km). My otrzymujemy propozycję za 10lei, z której korzystamy. Przejście bez komplikacji, trwa kilka minut. Po stronie ukraińskiej próbujemy coś złapać do Czerniowców (ok. 35km). W końcu zabiera nas prywatny busik, ale jedzie tylko do najbliższej miejscowości, z której regularnie jeżdżą marszrutki do Czerniowców. Za ten a-stop nic nie płacimy. Busik przyjeżdża po kilku minutach (4hrw/osobę). Marszrutki jeżdża do awtowagzała, czyli dworca autobusowego, żeleznyj wogzał jest dobrych kilka kilometrów dalej. Szukamy taxi. Wszystkie ceny z kosmosu, od 25-40hrw. Jak na Ukrainę to dużo. Wybieramy trolejbus za 1hrw/osobę. Wlecze się, pełno w nim ludzi, ale wolimy to niż kradzież turystów w biały dzień. Kupujemy bilety, zostawiamy plecaki w przechowalni i mamy kilka godzin aby powłóczyć się po mieście. W pociągu zaczepia nas inostraniec, płynną angielszczyzną pyta o możliwości powrotu z Lwowa do Krakowa. Okazuje się, że jest Niemcem, ma 60lat i jest maniakiem Polski i wschodu w ogóle. Właśnie wraca z 4-dniowej podróży lokalną komunikacją do Mołdawii, z czego na miejscu był tylko jedną dobę. Przypadliśmy sobie do gustu i tak w drodze do Krakowa mieliśmy towarzysza. Na granicy w Medyce trochę mrówek, ale to nie to samo co w latach poprzednich, całość trwa ok. 20min. Powrót z PKP, to już zupełnie inna historia…w domu jesteśmy po 1:00…wróciliśmy.

Polecamy wszystkim Rumunię.

Info praktyczne
Ceny w Rumunii są bardzo podobne do tych w Polsce, asortyment w sklepach taki sam jak u nas
- jedzenie – polecamy wszelkie zupy – ciorby (warzywne, flaczki, gluszowe, rybne, pomidorowe), ponadto gołąbki, mamałygę. Bardzo dużo jest tam restauracji włoskich – pyszna pizza
- piwka – w kolejności – Ciuc, Bergenbier, Ursus
- komunikacja publiczna: busy Suczava – Baszów odjazd 6:00 i 8:30
busy Baszów – Suczava odjazd 8:00
busy Suczava - Siert odjazd 6:30 , 8:30, 12:00…
- dla nas dużą niewiadomą było przejście Ukraina – Rumunia. Podobno są autobusy wcześnie rano z Czerniowców do Suczavy, ale nie znalazłem żadnego połączenia powrotnego, więc cała sprawa jest wątpliwa. Tak więc najtańsza opcja dojazdu to: trolejbus nr3 z dworca kolejowego za 1hrw lub marszrutka nr38 za 1,5hrw do dworca autobusowego, tam marszrutka do Gluboki (należy wysiąść, gdy bus zjedzie z głównej szosy). Zostaje ok. 15km do granicy.

Zapraszamy do fotek – Agnieszka i Satan











Dodane 15 stycznia 2011, 00:45 przez Agnieszka

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika Agnieszka


Iwona, 15 stycznia 2011, 16:13
Dzięki za ciekawą lekturę i zdjęcia. Wasza wyprawa zachęca do poznania tak cudnego zakątka.
Super Mario, 15 stycznia 2011, 20:06
Zaiste ciekawe ujęcia i treść, bardzo miła lektura :)
Gosia, 15 stycznia 2011, 21:10
Klimat i magia tych miejsc z fotografii sprawiły, że już teraz planuję zobaczyć je na własne oczy :)
wza, 16 stycznia 2011, 0:59
super wyprawa i fotki :-)
macie trochę manię fotorepetatywną ;-)
bevier, 16 stycznia 2011, 5:53
8-9 lat temu,było połączenie autobusowe Suczava - Przemyśl.
Odjazd ok. 5 rano,czas podróży ok.12 godzin.
Z tego co pamiętam,autobus kursował w poniedziałek i czwartek.
Satan, 16 stycznia 2011, 10:00
Bevier => zgadza się, ale na dziś, to już sprawa nieaktualna niestety. Można też kombinować drogą via Słowacja, Węgry i gdy jedzie się samochodem, jest to trasa z wyboru.
yas, 25 stycznia 2011, 20:36
Satan- podasz mi kontakt do siebie?mam kilka pytań , będę wdzięczna za pomoc
yas1@wp.pl
Satan, 26 stycznia 2011, 17:31
Yas, nie ma problemu, jak tylko będę potrafił odpowidzieć :-)
jak dla mnie możemy dyskutować tutaj, jeżeli jednak wolisz priv, to śmiało pisz.

=> ritual_carnage@wp.pl
yas, 28 stycznia 2011, 23:10
publicznie to ja podziękuję:) i nie omieszkam dalej gnębić w miarę rozwoju tematu:)
Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę


Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość (3)