na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » Rowerowanie po lasach i polach, 6 stycznia 2011



PROLOG
Gdy wieczorem siedząc w swej samotni wpadł na to, że jest nerwowy i przygnębiony przez Cyklozę już wiedział co zrobić z nowym świętem. Niewiele myśląc dodał szybko wycieczkę na swym ukochanym Portalu. I coś mówiło mu, że nie będzie sam…

WPRAWKI
Dawno nie jechał Rowerem, będzie kilka miesięcy, nie pamiętał już nawet kiedy jeździł bez pedałów SPD, oj musi to parę lat… rozgrzał się jak zwykle pod górkę do Kowali, potem jechał coraz szybciej. Nie był pewny czy kolega, który dopisał się do wycieczki znów go nie zawiedzie…
Po drodze już w Otominie spotkał JJ-a, kroczącego z kijkami na miejsce spotkania nad jeziorem, jednak Cykloza nie pozwoliła jechać tempem pieszego. A może to było tylko zimno?

POCZĄTKI TRUDNE CZYLI NIE WIERZ NIGDY KOBIECIE
Nad jeziorem grupa piechurów i On- Author, tym razem nie zawiódł. Dobrze jest czasem trochę bliższy kontakt z kimś złapać bawiąc się w knajpie, potem takie wypady lepiej wychodzą. Zaczęli więc szlakiem niebieskim z grupą pieszą, gdyż Alicja obiecuje, że droga do Smęgorzyna jest przejeżdżona. „NIE WIERZ NIGDY KOBIECIE,NIE USTĘPUJ NA KROK, BO PRZEPADNIESZ Z KRETESEM NIM ZROZUMIESZ SWÓJ BŁĄD…” śpiewał pod nosem prowadząc rower, co chwila zapadając się w twardy śnieg i tracąc cenne siły przez 4 km udręki.

SAMOTNOŚĆ ROWERZYSTY- TO NIE W TYM LESIE
Po dojściu do Smęgorzyna i krótkiej naradzie ruszyli dobrze odśnieżoną drogą z Authorem by po chwili w Kiełpinie poczuć, że Cykloza nie daje spokoju i trzeba kręcić dalej. Znowu był sobą, gonił Authora i było mu dobrze. W lesie jednak na drodze Kiełpino-Otomin poczuł, że nie da rady. Zeszłoroczny upadek i rozwalone więzadło w kolanie sprawiły, że rozsądek wziął górę nad Cyklozą. Zwolnił i jechał około 20km po śliskiej dość drodze w dół, przyhamowując spokojnie.
Author poleciał jak strzała do przodu, mignął jeszcze między drzewami, a on pomyślał że też kiedyś był młody i wariat. Po chwili dogonił kolegę, który pędząc ponad 40 km/h stracił kontrolę nad Rowerem i wypadł z trasy. Na szczęście nie wiele się stało i mogli jechać dalej, Author wpadł w śnieg i przez moment wyglądał jak bałwanek. Zaraz jednak odtajał i napotkali roześmiany kulig, po którym sam wpadł w jakąś dziurę i zaliczył niegrożny upadek, ku uciesze gawiedzi na sankach. Przed Otominem pomogli gościowi co małym, terenowym Daichatsu nie mógł wyjechać z głębokiego śniegu. Wypchnęli, gość podziękował a on pomyślał, że dobrze w święto choć jeden dobry uczynek spełnić.

HOTELOWE SZALEŃSTWA
W Otominie rozgościli się w hotelu, gdzie od 8 stycznia zaczyna funkcjonować restauracja włoska. Zaszaleli przy ładnie podanej i smacznej herbacie Liptona , kiełbasie Authora i kanapkach z masłem. Jak zawsze w takich chwilach poczuł po co jeździ na rowerze, właśnie dla takich momentów rozpustnych.
Obsługa zachęcała ich, by w sobotni wieczór przybyli na degustację włoskich specjałów, oni wiedzieli jednak, że plany ich związane są z uciechami z niejaką Dominiką w centrum miasta.
„Może kiedyś innym razem”, rzucił na odchodne miłej kelnerce. Nawiasem mówiąc obsłużyły ich trzy osoby podając tylko herbatę.

NAJGORSZA DROGA, NAJLEPSZA JAZDA
Wyjeżdżając z Otomina nie przewidzieli, że czeka ich najlepszy odcinek drogą, która zdecydowanie jest fatalnym nieporozumieniem w innych porach roku. Do Bąkowa jechali pięknym, uśpionym ciszą lasem, mijając po drodze jeden kulig i jakichś leśnych żuli. Można było się rozpędzić, ale szkoda było tracić tak krótkich i pięknych chwil. Po drodze zaczął usilnie nad czymś myśleć, gdy naraz wpadł na zabawny pomysł i szybko spojrzał na zegarek. „Tak, to może się udać” , pomyślał i uśmiechnął się sam do siebie. Author czekał z przodu.
Gdy wyjechali z lasu obaj poczuli przenikliwe zimno, on na twarzy Author w rękach i stopach. Zgodnie postanowili udać się każdy w swoją stronę z Bąkowa. Gdy dojechał do domu po paru minutach, znów spojrzał na zegarek. Było przed pierwszą. „Hmmm, z przerwami niecałe 2,5 godziny. Tak powinno się udać”, znowu się uśmiechnął.

EPILOG
Zaraz pojechał po zakupy i wrócił była 13.20. Nastawił obiad i zaczął pisać…
Ale znów mu w życiu nie wyszło, bo teraz gdy kończy jest 14.55. CHOLERA JASNA, a tak bardzo chciał pisać relację tyle samo czasu co był na wycieczce, albo dłużej. Po to spoglądał na zegarek i głupio się do siebie uśmiechał. W przerwie zjadł jeszcze obiad, a i tak było za krótko. Znowu się przeliczył, co za pech 
O i 15.00, czas te głupoty wstawić.



Dodane 6 stycznia 2011, 06:07 przez Super Mario

Fotorelacja uczestnika author


author, 6 stycznia 2011, 14:30
było zacnie .................. ciężko, ale póżniej to dawaliśmy czadu miałem również nurkowanie głową w zaspie przy 42km/h ręka zbita ale co tam jak szaleć to szaleć liczymy na następną bardziej liczną grupę rowerową :):):) pozdrower
yas, 6 stycznia 2011, 16:09
niezła relacja:)
WOJT, 12 stycznia 2011, 20:26
Też miałem wielkie ambicje rowerowania czyli chciałem przyjechać do Gdańska rowerem , niestety nawet asfaltem za bardzo nie dało się jechać bo lodowisko totalne wszędzie , doteleptałem się więc do Pszczółek by wsiąśc w PKP Przewozy Regionalne i wten sposób dotrzec do Gdańska pozdrawiam
Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę


Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość (2)