na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » Dookoła Jeziora Żarnowiecikiego, 6 stycznia 2007



Kaszubska Norda, czyli tereny położone na północ od Wejherowa zawsze stanowiły mój cel wycieczek. Jest tutaj olbrzymia ilość dróg świetnie nadających się pod rowery. Można dzięki nim tworzyć nieskończone kombinacje wycieczek pieszych jak i rowerowych. Malowniczość terenu zapewniają górujące wokół kępy porozdzielane dolinami rzek. Bardzo ciekawa jest również historia tych ziem. Tutaj przed wojną wciskał się nasz wąski pas ziemi który umożliwiał nam Polakom dostęp do morza. Jego północno zachodnią granicę wyznaczała rzeka Piaśnica wraz z występującym na jej przebiegu jeziorem Żarnowieckim. Podczas tej wycieczki, chciałem się właśnie jej rejon zobaczyć. Najbardziej mnie jednak interesowała wieża widokowa nad Jeziorem Żarnowieckim, która została do użytku na początku jesieni zeszłego roku. Sposobem na dojazd w rejon największego zbiornika Nordy, miał być szlak rowerowy łączący Rumię, z położoną wśród lasów małą wioską Warszkowo.
Zbiórka została wyznaczona dosyć późno, bo o godzinie 10 w Rumi. Ja ruszyłem z Oliwy na kołach lekko spóźniony, ponieważ padł serwer na którym była zamieszczona informacja o wyciecze. Wszyscy do ostatniego momentu próbowali się u mnie dowiedzieć szczegółów. Klnąc pod nosem na kolejny zapowiadający się pełen opadów dzień ruszyłem w stronę Sopotu. Po drodze zgarnąłem czekającego na mnie Chruściela, który poinformował mnie, że chyba widział jadącą w stronę Gdyni Kasię. My zrobiliśmy to samo. Jadąc pod wiatr, widząc, że na głównej ulicy trójmiasta jest niewielki ruch zdecydowaliśmy się pojechać asfaltem, a nie wijącą się i czasem znikającą drogą rowerową. O umówionej godzinie byliśmy w Gdyni. Tutaj dołączyła do nas Kasia i dojechał prosto z dyżuru Maciek „Satan”. Specjalnie dla niego godzina startu była tak późna. Już byłem praktycznie od pasa w dół mokry. Po krótkim przywitaniu kontynuowaliśmy dojazd do Rumi. Zajęło nam to chwilę zmagając się z lekkim podjazdem, oraz zacinającym nam prosto w gęby wiatrem niosącym krople deszczu. W Rumi przyjechali pociągiem Dorota , która postanowiła się trochę rozkręcić na rowerku, Jarek, oraz szef GRT Frans. Niestety nie przybyła z różnych powodów oraz awarii maszyn, reszta członków naszej ekipy z górnych tarasów trójmiasta. Natomiast lekko spóźniony przyjechał Adam który mieszkał najbliżej, bo Rumi.
Na początku postanowiłem, że Adam jako miejscowy wyprowadzi nas z miasta i poprowadzi szlakiem rowerowym. Ja postanowiłem jechać z tyłu od czasu do czasu robiąc wypady, aby porobić fotki. Osobiście uważam, że jeśli jest osoba prowadząca to miejsce organizatora jest z tyłu. Stąd ma lepszy pogląd na całą jadącą przed nim grupę. Trasa wyprowadzała nas szosą w kierunku wioski Kazimierz Aby po drodze przekraczając mostek na którymś kanale zjechać w lewo. Tutaj zaczyna się według map szlak rowerowy do Warszkowa. Jednak uwaga, nie jest on wyznakowany według standardów PTTKu, a za pomocą postawionych gdzieniegdzie drogowskazów. Pewną pomocą przy pokonywaniu go, mogą być namalowane na całej długości, od Redy do Warszkowa podkowy. Czyżby jednak szlak konny? Niemniej myśmy najpierw wbili się w malowniczą Dolinę Redy która na wschód od Rumi przyjęła formę olbrzymiej łąki nad którą w oddali górowały od południa Kępa Oksywska, od zachodu wzniesienia morenowe Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, a od północy Kępa Pucka. Powoli asfalt z kolejnymi zakrętami zmienił się w betonowe płyty. Minęliśmy Moście Błota i dojechaliśmy do Ciechocina, dzielnicy Redy. Po drodze wiał dokuczliwy północno zachodni wiatr, co skutecznie obniżało nam prędkość jazdy. Wskazania liczników spadały do dziesięciu, czternastu kilometrów na godzinę. Niektórzy mieli już dość. Na szczęście przestało padać, a ja wiedziałem, że niedługo skryje nas ściana lasu.
Przecięliśmy redę i szosę wiodącą na Władysławowo i wykręcając koło leśniczówki skierowaliśmy się w stronę Wejherowa. Droga biegła cały czas wzdłuż skraju lasu czasem zbliżając się do meandrującej Redy, a niekiedy wbijając się w głąb lasu. Trochę ustał wiatr i wszystkim od razu poprawiły się nastroje. Zaczęły się towarzyskie rozmowy, o tym co gdzie kiedy był , oraz planach na przyszłość. Dołączył do nas szlak niebieski „ Krawędzią Kępy Puckiej” i nie wiedząc kiedy dojechaliśmy do dużego skrzyżowania leśnego nieopodal Nanic. Tutaj nastąpił pierwszy odpoczynek połączony z konsumpcją prowiantu. Mieliśmy piękny widok na łąki biegnące wzdłuż całej doliny. Jednak kiedyś odpoczynek musi się skończyć. Ruszamy dalej trasą rowerową w kierunku Wejherowskiego Szpitala. W jego pobliżu, ma pętli autobusowej zaczynają się szlaki rowerowe biegnące przez Puszczę Darżlubską do Leśniewa i Darżlubia. My jednak pomknęliśmy na zachód do leśniczówki Wejherowo Tutaj Reda zostaje poprowadzona kanałem, ale jej dolina mimo tego nie traci na uroku. Mijamy uroczy śródleśny staw przy którym robimy sesję fotograficzną i mkniemy dalej. Po pewnym czasie dojeżdżamy do osady Orle. Tutaj jest pierwszy sklep na naszej trasie. Niektórzy robią w nim zakupy kupując prowiant, który w miłej atmosferze zostaje skonsumowany na pobliskim przystanku autobusowym. Czas mija, wszyscy się bawią wyśmienicie robiąc sobie foty, ale niespostrzeżenie wkrada się zimno mówiące o tym, że czas ruszyć. Przejechawszy kilka metrów słyszę, że Adam złapał kichę. Postój się wydłuża. Załatanie dętki trwa jakiś czas. W końcu ruszamy.
W Orlu dalsza trasa wykręca w prawo na północ. Świetna droga wzdłuż zachodniego skraju Puszczy Darżlubskiej wymusza na nas szybsze tempo. Wokół rozciągają się piękne widoki na otaczające nas łąki. Mijamy kolejne zabudowania i po pewnym czasie wjeżdżamy w las, aby wyjechać z niego na szosę pomiędzy Kniewem, a Warszkowem. Nim dojeżdżamy do wioski. Warszkowo do końca I wojny światowej znajdowało się pod administracją pruską, a do wybuchu drugiej wojny światowej jej zachodnie krańce stanowiły granicę Polsko – Niemiecką. Dojechaliśmy do Warszkowskiego Młyna gdzie zaraz za końcem lasu skręciliśmy z asfaltu na północ. Przejechaliśmy rzekę Piaśnicę i jadąc lasami przebiliśmy się do kolejnego asfaltu kierującego nas na Tyłowo.
Teraz czekał nas piękny zjazd do wioski w której zamierzałem zobaczyć tamtejszy uroczy szachulcowy kościółek zbudowany w 1755 roku z fundacji generała Józefa Przebendowskiego. Rozeszliśmy po jego okolicy robiąc foty. Szczególne zainteresowanie wzbudziło w nas podwójne drzewo rosnące na Cmentarzu. Jego korony jakby się zrastały tworząc całość. Zrobiliśmy sobie sesję fotograficzną przy nim, oraz przy okalających kościół cisach. Podjechaliśmy jeszcze do sklepu, gdzie czekała na nas pozostała część ekipy i ruszyliśmy w kierunku jeziora żarnowieckiego. Droga wiodła praktycznie w dół, tuż przed samym jeziorem skręciliśmy na zachód w kierunku wsi Nadole. Jechaliśmy drogą po której biegły również tory wiodące do nie wybudowanej elektrowni atomowej Żarnowiec. W końcu dojechaliśmy do wielkich rur elektrowni szczytowo pompowej. Stojąc na dole i podziwiając ten twór techniki, rozpoczęły się nasze rozważania nad ewentualnym zjazdem ich środkiem. Mają one ponad dwa metry średnicy i idealne do takiego celu by się nadawały. Decydujemy się na podjazd do górnego zbiornika za pomocą drogi wewnętrznej elektrowni. Każdy jedzie własnym tempem. Dość ostry i długi podjazd wyciska z nas ostatnie siły. W ramach odpoczynku robię zdjęcia podjeżdżającym bikerom. W końcu po ponad kilometrowym ciągnięciu na najmniejszych przełożeniach wjeżdżamy na szczyt. Rozciągają się stąd piękne widoki na jezioro Żarnowieckie. Jeszcze tylko wjechać na koronę górnego zbiornika i koniec wysiłku. Wszyscy rozjeżdżają się po zbiorniku. Jedni po pochyłych ścianach wewnętrznych, inni gdzieś w oddali po umocnieniach brzegu. Gdzieś na horyzoncie powietrze mieliły swymi olbrzymimi skrzydłami wiatraki. Pełen industrial, a romantycznie się zrobiło. Już od jakiegoś czasu widzimy w pobliżu stojącą wieżę „ Kaszubskie Oko” nazwa niczym zaczerpnięta z powieści Tolkiena. Zbliżając się do niej już z daleka widać ogrom założenia jakie przyświecało gminie Gniewino lokując ją w pobliżu górnego zbiornika elektrowni. Olbrzymi parking dla samochodów. Pełno wiat turystycznych, sprzyja aby przyjechać tutaj i podziwiać widoki z korony zbiornika czy szczytu trzydziesto trzy metrowej wieży. Jej górna platforma widokowa znajduje się na wysokości 152 m. n.p.m. Można na nią wjechać windą za stosowną opłatą, albo tak jak my po prostu wejść. Ma ona kształt skręconego walca wokół cokołu w którym porusza się winda i wokół którego przymocowano schody wiodące na szczyt. A ze szczytu rozległa mimo pełnego zachmurzenia nieba panorama. Widać północny brzeg jeziora Żarnowieckiego, czyli przy dobrej widoczności morze też pewnie byśmy zobaczyli. W dole iskrzy zbiornik elektrowni na którym przed chwilą byliśmy, a na zachód rozciągają się po horyzont kolejne wioski z zieloną o tej porze szachownicą pól. W końcu robi się nam zimno. Fransa i Jarka wzywają obowiązki domowe, a my ruszamy dalej na północ. Jeszcze tylko pamiątkowe grupowe zdjęcie i ruszamy.
Teraz czeka nas bardzo szybki zjazd w dół do Nadola. Rozpędzeni nie zatrzymujemy się w wiosce. Z roweru oglądam tylko szopkę postawioną przy ulicy. Z tą wioską mam pewne plany na lato. Teraz gnamy wzdłuż jeziora asfaltem do Brzyna, aby tam skręcić na północny wchód. Betonowymi płytami dojeżdżamy do szosy Puck – Słupsk i mijamy z lewej rez. „ Długosz Królewski w Wierzchucinie”. Powoli zaczyna się ściemniać. Dorota, Satan, Chruściel i Adam postanawiają odbić w lewo na Wejherowo. Mają stąd tylko 25 kilometrów szosy. Na dalszą planowaną trasę jadę już tylko ja i Kasia. Momentalnie dojeżdżamy do Dębek gdzie napotykamy szlak czerwony, który doprowadza nas na most nad Piaśnicą. Schodzimy z niego w kierunku plaży. Tutaj rzeka kończy swój nurt uchodząc do Morza Bałtyckiego. Tutaj jest ostateczny cel naszej wycieczki. Moje trasy charakteryzują się tym, że póki jest jasno, to non stop zwiedzamy, zaglądamy we wszystkie możliwe zakamarki , a gdy widoki znikają w ciemnościach nocy. Odpalamy resztki sił i jedziemy non stop, nabijając powrotne kilometry.
Nie chciałem wracać tą samą drogą co tu przyjechałem, dlatego najpierw pojechaliśmy na wschód przez Dębki do drogi wiodącej na Szary Dwór. Jadąc w ciemnościach czuliśmy mieląc błota skutki całotygodniowych opadów. Co moment któreś z nas zsiadało z roweru nie będąc pewnym gruntu przed sobą mimo silnego oświetlenia. Dopiero od Szarego Dworu zaczął się asfalt którym dojechaliśmy do Krokowej. Tutaj w jeszcze otwartym sklepie kupiliśmy ostatni prowiant tego dnia i zastanawialiśmy się nad dalszą trasą. Nagle padło rzeczowe pytanie, z mojej strony. Jedziemy asfaltem czy gruntem? Oczywiście, gruntem, lakonicznie odpowiedziała mnie Kasia. No to będziemy mieli grunt. W nocy gdy nawet drogi o świetnym podłożu po ciągłych opadach zamieniają się błotne breje. Z początku pojechaliśmy asfaltem do Lisewa za którym skręciliśmy na Trzy Młyny. Jest to piękna źródliskowa dolina w której początek bierze Czarna Woda. Pokazałem jeszcze tylko w świetle latarek stary młyn szachulcowy i ruszyliśmy dalej, aby przez las przebić się do Pochówka. Stamtąd jadąc leśnymi duktami pełnymi kałuż dojechaliśmy do Domatowa, z którego zjechaliśmy do Leśniewa. W tej wiosce skręciliśmy na szlak rowerowy wiodący przez leśnictwo Muzę i puszczę Darżlubską do Wejherowa. W Wejherowie mieliśmy z głównej trasy na licznikach mieliśmy sto kilometrów.
Teraz już na kołach, główną drogą mknęliśmy w stronę trójmiasta.. Kasia w Gdyni wsiadła do pociągu który zawiózł ją do Tczewa, a ja jeszcze pokonałem te ostatnie 13 kilometrów do Oliwy. W domu na liczniku miałem 172 kilometry.
Na koniec chciałbym podziękować wszystkim uczestnikom wycieczki za sympatyczną atmosferę. Rajd mimo późnej godziny startu uważam za w pełni udany. Do następnego razu na trasie…..

Więcej na:

www.phantom.blog.pl



Dodane 10 stycznia 2007, 03:46 przez Phantom

Mxer, 11 stycznia 2007, 23:51
nikt nie komentuje....... co to znaczy ?
Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę


Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość (18)