na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » Długi marsz, 22 września 2010




link do zdjęć:
http://picasaweb.google.pl/111445817998157251191/MarszLegionisty#

Relacja:
Zapowiadał się fajny 3 dniowy wypad w plener. Na kilka tygodni przed marszem zgłosiło się już kilku chętnych. Pogodę zapowiadali rewelacyjną. Wszystko wydawało się czekać i być gotowe na nasz lekki spacerek po plaży.
A jak się skończyło – przeczytajcie sami.
Dzień pierwszy.
Pomimo iż sobie obiecałem nie sięgać po alkohol, rano budzimy się na mega kacu.
Nerwowe ostatnie pakowanie i biegiem na autobus. Ten zamiast prosto do celu, czyli na miejsce zbiórki, wiezie nas na wycieczkę krajoznawczą po Gdańsku.
Przemek ze zorganizowanym transportem czeka już na miejscu.
W końcu wysiadamy. Niestety trzeba jeszcze spory kawałek przejść.
Po dotarciu i zapoznaniu się całej ekipy, spakowani pędzimy autem do Łeby do baru HonoTu.
Na miejscu nikt na nas nie czekał więc po wypiciu kawy i pożegnaniu naszego szofera, ruszamy. (wielkie dzięki Jolu za transport)
Jest godzina 11h. słoneczko ostro przypala, więc po dotarciu na plażę wszyscy wprowadzają ostatnie poprawki w swoim ubiorze.
Pierwsze trzy godziny minęły tak szybko że tego nie spostrzegliśmy. Szło się rewelacyjnie, nie za ciepło, nie za zimno. Przy samym brzegu piasek dość twardy, nie zakopywaliśmy się pomimo znacznego bagażu na plecach.
Tu też zaznaczyć trzeba iż wiedza oraz doświadczenie Przemka zdecydowało iż miał o połowę mniej do dźwigania niż my. Niemniej też nie było mu lekko.
Pierwsza przerwa. Wszyscy poczuliśmy nóżki i plecki. Dziesięć minut przerwy na oddech i ruszamy dalej.
Po drodze kilka zdjęć przy zatopionym wraku „WEST STAR”. Następnie kolejna przerwa, ale tym razem dłuższa – na posiłek. Wchodzimy w ścieżkę pomiędzy wydmy, osłaniając się trochę od wiatru. Miejsce nie było jakieś specjalne ale pozwoliło spokojnie odpocząć i przygotować strawę.
Tak posileni ruszyliśmy dalej. Ja i Przemek na boso bo pojawiły się odciski. Około 18h docieramy do okolic Białogóry, pokonując dystans 28km. Niestety ale miejscówki na nocleg musimy już szukać prawie po ciemku. Udaje się.
Obozowisko rozkładamy około 30 minut. Pierwszy dzień dał nam dość mocno w kość. Osobiście przyznam się że w plecach czułem tysiąc małych igiełek.
Najważniejsze jednak iż humor dopisywał. Szybko więc zapomnieliśmy o trudach i przystąpiliśmy do posiłku. Aby nie zostać przyłapanym na obozowaniu przez straż graniczną ognisko było niewielkie, a dodatkowo w dołku.
Rozmowy trwały około 02:00.
Dzień drugi.
Pobudka 09:00, chwila na posiłek i zwijamy obozowisko. Na miejscu nie pozostawiliśmy najmniejszego śladu naszego pobytu.
W szybkim tempie pokonujemy następne kilometry. Zrobiliśmy jedną dłuższo przerwę na kąpiel w morzu i ciepły posiłek. Nauczeni wczorajszym doświadczeniem połowę trasy znów na boso. Plecy znów zdrętwiałe, nogi jak po zawodach tragarzy. Ale z bananami na gębach pełni optymizmu maszerujemy.
W Dębkach robimy dłuższą przerwę i uzupełniamy zapasy. Zmęczeni siedzimy stole jednego z barów. Wtem obok nas pojawia się miejscowy dziadek lubujący się jak to sam przyznał w niedrogich winach. Mocno stara się nawiązać z nami przyjazne stosunki. Przedstawia się jako Bin Laden z Dębek. Opowiada nam historie swojego życia. Co dodatkowo wzmaga nasze zmęczenie. Z odsieczą przybywa el Kapitano – właściciel oberży który ma na swoim ramieniu fantastyczna papugę. To wspaniałe ptaszysko przez moment daje nam radochę jak dzieciakom w zoo. Po kolei uwieczniamy się z nią na zdjęciu.
El Kapitano w ramach gościny częstuje nas za darmo wielkim półmiskiem łososia w galarecie. Urządzając nam mega ucztę. Na koniec za dwadzieścia złotych kupujemy od naszego dobrodzieja mega wielki kawałek świeżego fileta z łososia. W prezencie dostajemy jeszcze oliwę z oliwek, cytrynę, bazylię, i szczypior czosnkowy.
Mając taką zapowiedź kolacji wręcz pędzimy do miejsca noclegu. Które tej nocy zaplanowaliśmy w okolicach Karwieńskich Błot.
Będąc już tuż przy celu naszym oczom ukazał się niesamowity widok. Otóż tuż przy plaż wyrastał około dwudziesto metrowy klif. Wąską ścieżką prawie w pionie wdrapaliśmy się na małą polankę na jego szczycie. Osłonięci od lądu mniejszymi górkami i lasem napawaliśmy się przez 15 minut widokiem jaki mieliśmy przed oczami.
Przyznam że to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałem.
Po rozbiciu obozowiska przystąpiliśmy do przygotowywania naszego łososia.
W przerwie podziwialiśmy zachód słońca i wielki żaglowiec który ….. sami zobaczcie na zdjęciach.
Łosoś smakował wyśmienicie. Rozszarpaliśmy go w minutę. Był niesamowicie syty.
Gdy już rozmawialiśmy po kolacji nagle za naszymi placami usłyszeliśmy dziwny hałas.
Dobiegł on zza naszych pleców i był naprawdę złowieszczy. Wybiegliśmy spod płachty. Jakub stwierdził że widział coś znacznych rozmiarów koloru biało czerwonego co w ułamku sekundy odskoczyło w las. Przeszukując obozowisko nie natknęliśmy się na żadne ślady.
Dźwięk jaki usłyszeliśmy był irracjonalny do wytłumaczenia. Nagle w odległości około 30 metrów od nas zobaczyliśmy dwa małe światełka. Domyśliliśmy się iż to lis. Mocny strumień światła jednaj z czołówek potwierdził nasze przypuszczenie.
Okazało się iż lisek został przez nas zwabiony naszym łososiem. Ale za to że nie podzieliliśmy się z nim ukradł nam siatkę z kiełbasą, przeznaczoną na ognisko.
Stąd ten czerwono (rudy lis) biały (siatka) kolor. A dźwięk – fuknięcie lisa gdy się spłoszył.
Lisek był jednak kiepskim złodziejaszkiem bo uciekając pogubił swoje fanty.
Odzyskaliśmy więc kiełbachę, ale w dowód uznania dla jego odwagi dostał skórę z łososia i kawałek napieczonej kiełbasy.
Ostatni dzień był najtrudniejszy. Dwie dłuższe przerwy i finał w Jastrzębiej Górze.
Łącznie około 60 kilometrów. Plecy czuję do dziś. Odcisk na piecie długo mi zostanie.
Ale jeszcze dłużej wspaniała przygoda i bardzo miło spędzony czas.
Bardzo dziękuję za wzięcie udziału w tej wyprawie i choć nie dotarliśmy do Gdyni, Helu, a nawet Władysławowa, marsz uważam za bardzo udany.
Szczególnie wielkie dzięki Przemkowi za wiedzę jaką nas zaraził, polecam wszystkim tego wspaniałego kompana podróży. Jakubowi za jego poczucie humoru, które nie opuszcza go przez 24h na dobę i które bardzo nam pomogło. Oraz Kubie za doborowe towarzystwo i wspaniałą wiedzę na temat zielarstwa.
Plan zakładał pokonanie 30 kilometrów dziennie. Jednak ciężki ekwipunek wyczerpująca trasa brak doświadczenia i treningu, mocno zweryfikowały te założenia.
Za rok na 100% planujemy przebyć trasę z Ustki na Hel w pięć dni. Chętnych zapraszam już dziś.
Pozdrawiam


Dodane 27 września 2010, 14:54 przez Qazi

Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę


Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość (6)