na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » Sous le ciel de Paris, 8 maja 2010



"Wszystko, co istnieje
w dowolnym miejscu
na ziemi, istnienie też
w Paryżu"
Wiktor Hugo

Część zdjęć dodana, muzyka wprowadzi Was w klimat :)
http://www.youtube.com/watch?v=j1LPj9msobY

Relacja już niedługo : - )

Paryż – miasto skąpane w aurze minionych czasów, otoczone mgiełką niezwykłości, i najważniejsze, od wieków serce Francji. Jadąc tam mieliśmy jasno określony cel…
ale od początku, dlaczego On, Paryż.

Pewnej zimowej nocy, kiedy to śnieżna zamieć pustoszyła gdańskie ulice, białe, śpiące miasto, trwało przy roztańczonym świetle latarni, a słońce spokojnie czekało po drugiej stronie kuli ziemskiej na nowy dzień, narodził się pomysł. Wraz z porankiem do mojego okna zapukała gotowa koncepcja: „Lot do Paryża!”. Od tego czasu zacząłem zastanawiać się jak pogodzić planowany krótki pobyt w tak cudownym miejscu z wolnością, którą daje rower. Połączenie dwóch ostatnich słów, przetłumaczone na język francuski, było kluczem. Grunt to zawiłość w prostocie… Francuskie velo, znaczy tyle co rower, zaś liberte oznacza wolność. Razem Velib, czyli systemu rowerów miejskich funkcjonujących na terenie dawnej Lutecji. Flota czterdziestu tysięcy, 23 kg rowerków, przygotowana tak, by dzień w dzień, noc w noc móc mierzyć się z urokliwymi paryskimi ulicami.

Zimowe ślizgi oraz spotkania przy naleśnikach i czekoladzie pozwoliły zebrać kwartet śmiałków i doprecyzować plan podróży, zaś kupno biletów lotniczych zakończyło przygotowania.

Czy podczas wyprawy umiejętnie graliśmy sobie na nerwach i czy nasz kontakt z velibkami nie zakłócił pełnej harmonii muzyki płynącej z magii miasta? Przekonacie się za chwilę.

Majowy, sobotni wieczór, lądujemy we Francji, lot, mrugnięcie oka, minął szybko, chociaż Psuja (w formie Kontrabandy) i tak kilka razy zdążyła wyjść z plecaka z odwiecznym pytaniem.

eeej…
czy…
daleko jeszcze?


Jesteśmy w Beauvais i przeszło 70 kilometrów dzieli nas od upragnionego celu. Miły, aczkolwiek cwany taksówkarz i wizja wydania 180 euro za taryfę do Paryża, zachęciły nas do skorzystania z alternatywy dla czterech osób (Alternatywy 4) – przejazdu autobusem. Po godzinnej podróży kosztującej 14 euro, trafiamy na stację Porte Maillot, jesteśmy w Paryżu - nareszcie!

Paryż w obrębie Bulwaru Peryferyjnego składa się z 20 dzielnic (jeśli się pomyliłem to mnie zastrzelcie – pif paf), centralny punkt to Île de la Cité, wyspa, na której legiony rzymskie po wypędzeniu Galów w I w p.n.e. założyły obóz. Siedziba armii, z czasem rozbudowana przekształciła się w miasto, Lutecję. Mijały wieki, dobudowywano kolejne dzielnice kwitnącego miasta. Obecnie plan Paryża przypomina wielkiego ślimaka.

Podróż z Porte Maillot w dzielnicy 18, do hotelu, który znajduje się w 13 dzielnicy (hmm był taki film…), wliczając pierwsze spojrzenie na zabytkowe centrum, obsługę automatu do biletów metra rodem z gwiezdnych wojen, zakupy, śmiechy chichy i ucieczkę przed deszczem, zajęła nam dobre 2 godziny. Po drodze zatrzymaliśmy się na Placu d’Italie, gdzie o 20:00 zaplanowaliśmy erwułemowe spotkanie. Zjawiły się tylko gołębie, które w dodatku nie były zainteresowane przedmiotem naszej eskapady, lub jak to one latały to tu, to tam nie wiedząc co tak naprawdę mają ze sobą zrobić. Odstaliśmy akademicki kwadrans i ruszyliśmy do hotelu na Rue de Tolbiac, meldując się 3 minuty przed zamknięciem recepcji (oj szczęściarze!). Chwila na odświeżenie i wypakowanie bambocli i znów jesteśmy pod chmurką, która niestety w dalszym ciągu wita nas deszczem. Minuta zastanowienia, rzut oka na okolicę, zapada decyzja, idziemy coś zjeść, nogi prowadząc nas do chińskiej knajpki, przed którą godzinę wcześniej widzieliśmy niesamowicie długą kolejkę zgłodniałych paryżan. Menu – chińskie krzaczki niewiele nam mówią, z odsieczą przychodzą zdjęcia przy liście dań, w końcu składamy zamówienie. Debatując, czy 10:00 rano to jeszcze poranek, od Marzeny dostaję postulat, by następnego dnia wstać jeszcze później, ustalam więc porę śniadania – 8:00 rano (oj śpiochy!). Dochodzi godzina 1:00 w nocy, czas spać, dobranoc. Psuja! Ty też.

Śniadanie, czyli polskie pomidory, polski chleb, ser, kabanosy i nie wiem czy do końca polskie, papierowe ręczniki z Biedronki do wytarcia stołu, skończyliśmy o planowanej godzinie. Po chwili spacerujący sąsiednią ulicą mogli dojrzeć 4 głowy wyglądające przez hotelowe okno, nasze głowy, sprawdzające czy w pobliskim terminalu rowerów Velib znajdziemy dla nas cztery rumaki. Są! Szybki bieg z drugiego piętra na dół po schodach, skok przez ulicę, zgrabne ominięcie taczki vel wózka z mięsem, jesteśmy!

System Velib – sam system został zaprojektowany tak, by jak najbardziej ukrócić procedurę wypożyczenia roweru i ułatwić obsługę. Wypożyczając rower możemy wykupić abonament roczny, 7 dniowy lub dzienny. Nas najbardziej zainteresowała trzecia opcja. Płacąc, niestety tylko kartą kredytową, 1 euro otrzymujemy specjalny bilet i możliwość wypożyczenia roweru przez następne 24 godziny, jednak musimy pamiętać o tym, że użytkowanie roweru wiąże się z pobraniem z naszego konta kaucji w wysokości 150 euro. Suma ta wraca do nas kiedy rower zostanie znów przypięty do terminalu. Systemy bankowe nie działają zbyt szybko i planując wydatki powinniśmy liczyć się z tym, że kwota ta zostanie odblokowana dopiero po kilu dniach po zakończeniu usługi, jaką było wypożyczenie 2 kółek.

Więc, czy 1 euro faktycznych wydatków wystarczy na objechanie rowerem całego Paryża? Tak! i mamy na to pewien sposób! Teoretycznie sam koszt wypożyczenia rowerka, a więc 1 euro, to za mało, gdyż w cenę wliczone jest „tylko” 30 minut bezpłatnej jazdy velibkiem, a za czas wykraczający ponad wspomniane pół godziny płacimy według odpowiednich (wysokich) stawek. A więc jak… ? System Velib to ponad 20 tysięcy rowerów gotowych do wypożyczenia, które możemy pobrać z każdego z ponad tysiąca terminali rozlokowanych w obrębie Bulwaru Peryferyjnego. Sieć jest tak gęsta, że kolejne terminale napotykamy co 300 – 500 metrów. Cena 1 euro obejmuje 30 bezpłatnych minut i musielibyśmy osiągnąć prędkość ponad 100 km/h by w tym czasie objechać serce Paryża, a o postojach, smakowitej francuskiej kuchni i zwiedzaniu możemy po prostu zapomnieć. Jednak wspomniana trzydziestka jest liczbą magiczną i dość często lubi wracać na nasze konto, wystarczy tylko jej nie przekraczać i w odpowiedniej chwili wypożyczony rower przypiąć z powrotem do terminalu, jednego z wielu. Jeśli tylko czas jazdy nie przekroczy zaczarowanej liczby, to czas użytkowania wróci do pełnej – bezpłatnie przysługującej nam puli, a więc 30 minut. Jak dowiedliśmy, metoda ta działa z powodzeniem!
Jedynym mankamentem systemu jest kaucja w wysokości 150 euro, które zamarza na naszym koncie z każdym pobranym przez nas rowerem. Jeśli podróżujemy w kwartecie i mamy tylko jedną kartę kredytową (Aneta, dziękujemy!), powinniśmy pamiętać o tym, by wyłączyć dzienny limit wypłat na koncie, tak będzie bezpieczniej - nie znajdziemy się w sytuacji, w której pobranie roweru będzie niemożliwe, przekonaliśmy się o tym na własnej skórze.

Tyle na marginesie, ruszamy, kierunek dzielnica 5, Pantheon.



Dodane 13 lipca 2010, 02:27 przez Dino

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika Dino

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika Marzena

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika maxu


Aneta, 13 maja 2010, 5:09
Ach...gdyby można było czasami zatrzymać czas, przykładowo w miniony weekend... Różnorodność kultur, potraw - mniam,mniam :-) oraz bujna, kwitnąca roślinność :) zachwycała w każdym magicznym zakątku Paryża. Było przepięknie, mimo czasami kapryśnej pogody oraz trudności technicznych...
http://www.youtube.com/watch?v=JzH48aXSBlE&feature=r...
Rafał jesteś świetnym, paryskim Przewodnikiem, dzięki :-)
Dino, 14 maja 2010, 18:46
Cierpliwość czasami jest nagrodzona, Wszystkich zapraszam do zdjęć : )
by cofnąć czas.. : - )
Super Mario, 14 maja 2010, 22:50
Bardzo podobają mi się Wasze zdjęcia. 15 lat temu, gdy tam byłem przez 4 dni jakoś nie czułem tego miasta. Bardziej Amsterdam mi się spodobał. Teraz, w wieku odpowiednim, zaczynam tęsknić i zazdroszczę Paryża. Jest klimacik, oj jest :)
Sabka, 14 maja 2010, 23:02
Super, super, bylam ech 11 lat temu czas odświeżyć..kiedy next?
psuja, 14 maja 2010, 23:22
Dzięki Rafale za wspaniałą wycieczkę do Paryża W taki magiczny sposób nigdy jeszcze nie podróżowałam, ale przyznaję - rewelacyjne przeżycie i pomysł ;) no i za paryskie żelki też dziękuję ślicznie :)

A te fotki - obłędne :)) Eh... Pariiiisss :)
Wickerman, 15 maja 2010, 6:34
"Widzi pan? Słowa nie można zrozumieć. Wariacki kraj, język idiotyczny. Na przykład u nich "ja" to jest "mła". Ale ja dla niego, to nie jestem "mła", tylko "wu". Ale on dla siebie jest "mła". Ale dla mnie on jest "lui". Bądź tu mądry, kto jest kto..." [przepraszam za spam :P ]
Marta, 17 maja 2010, 15:13
Przez 30 min czułam się jakbym tam była. Dziękuje, dziękuję, dziękuję za tą relacje
mariusz-r, 17 maja 2010, 19:41
Fajne są te zdjęcia, ale za dużo z żarciem - trudno się przegląda, bo co chwilę trzeba biegać do kuchni.
Marzena, 17 maja 2010, 20:16
Było świetnie, w sumie niewiele czasu tam spędziliśmy, ale wrażeń było tyle, że obdzielić nimi można parę tygodni. Dziękuję za wspaniałe towarzystwo Anecie, Maksowi, a Rafałowi także za to, że był świetnym przewodnikiem i nie denerowował się, jak po raz setny pytaliśmy: Rafał, jak się to wymawia po francusku: ;)
mit, 17 maja 2010, 23:58
Jak już napiszecie relację to dopiero mnie skręci z zazdrości :-) Super pomysł i wykonanie, gratulacje.
t.o.p.o.l., 19 maja 2010, 20:59
Mało Jim,a
Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę


Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość