na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » W poszukiwaniu Baby Jagi, 14 stycznia 2010



Było to w czasach, gdy niebem rządziły stalowe ptaki, na ziemi można było spotkać warczące, metalowe dorożki poruszające się bez zaprzęgu, a ludzie.. ludzie mieszkali w miejscach przypominających nocą rozświetlone wyspy.

Właśnie w tych dziwnych ale jakże kolorowych „kilku chwilach” w ogrodzie na tyłach babcinego ogrodu żył sobie Kot Filemon. Dni toczyły się dla niego w błogiej radości, a kiedy przestawały się toczyć, musiały odpowiadać na szereg kocich pytań:
- Bytka czy nie bytka oto jest zapyta?
- Jaki jest najgrzeczniejszy i najmilszy zwrot? (Dni zawsze odpowiadały, że zwrot podatku, jednak nasz Kot tak do końca im nie wierzył.)
- Co było pierwsze, jajko czy rosół?
Pytania w przeciwieństwie do świata nie miały końca, wszak Filemon był myślicielem.

Staruszka, w ogródku, której mieszkał miała siostrę, zwaną przez wszystkich Babą Jagą. Baba Jaga mieszkała w Chatce na Kurzej Nóżce – otoczonej lasem podtrójmiejskiej wsi. Zawsze towarzyszył jej czarny kot, Bonifacy.

Wydawać by się mogło zwyczajna parka – starsza pani i jej poczciwy klakier. Niczym nigdy się nie wyróżniali, nikomu też nie wchodzili w drogę, a może po prostu nikt kto choć raz zapuścił się w okolice babcinego domku nie wracał z tego miejsca? Trzeba by tu dodać - nie wracał z tego miejsca normalny, bo po Gdańsku włóczyło się wielu „niezwykłych” ludzi, a każdy bez wyjątku spacerował ulicami z opowieścią o ciemnym lesie, o krzyku, o zielonych ślepiach. Nikomu jednak w żaden sposób nie udało się wydobyć od nich informacji o co tak właściwie chodzi.

Wieczorną porą dnia gdy słońce zachodziło krwawo za namową Kota Filemona – jak zawsze ciekawego świata, wyruszyliśmy zbadać pochodzenie tych dziwnych historii. Pełni optymizmu (bo w końcu co strasznego może tkwić w gęstwinie mrocznego, nocnego lasu) pokonując kolejne kilometry, kierowaliśmy się ku miejscu wskazanym przez Filemona, miejscu „gdzie zaczyna się groza”.

Godziny mijały a grozy jak dotąd nie udało nam się znaleźć. Zmęczeni spotkaniem ze stromą górą, którą przed chwilą musieliśmy pokonać (wygraliśmy z nią w szachy), zatrzymaliśmy się na mały popas. Wyciągnęliśmy trunek (napar z goździków i suszonych owoców drzew, którymi wiosną kwitnie pewien zamorski kraj) oraz jadło (czekoladę zapakowaną uprzednio w całkowicie ekologiczne, w pełni biodegradowalne po czterech wiekach specjalne opakowanie). Zaczęliśmy pałaszować… a tu jak coś nie świśnie, nie gruchnie, nie błyśnie… nagle pstryk… księżyc na chwilę zgasł. Nim się spostrzegliśmy, zniknęły i puchary pełne trunku i michy wypełnione czekoladą. Nic nie rozumiejąc, popatrzeliśmy po sobie zdziwieni, wtem gdzieś nad naszymi głowami rozległ się niepokojący dźwięk..

(nie chce mi się dalej pisać, kto był wie co się wydarzyło : )



Dodane 27 stycznia 2010, 04:02 przez Dino

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika Dino


adas172002, 15 stycznia 2010, 12:01
Jak trasa do Otomina? Czy podobna do drogi na Złotą Karczmę?

Marzena, 15 stycznia 2010, 12:14
Było wesoło- w niektórych miejscach jazda na rowerze jak na hulajnodze, potem ok - czyli dało się jechać, potem lodowisko - jakoś jechaliśmy, a potem dziury w asfalcie- wrażenia jak jazda na nartach po muldach (wytrzęsło, ale fajnie)
Niech dezerterzy żałują ;)
Dino, 15 stycznia 2010, 16:52
Wesoło i sympatycznie! : )
A mimo zimna i ślizgawicy wszystkie palce i zęby wróciły z nami do domów : - )
Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę


Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość (239)