na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » Rowerowo - kajakowo po Borach Tucholskich, 12 maja 2007



relacja z wycieczki w paru zdaniach :-)

1:20 budzik. Olaboga, to już??? Deszcz walący o parapet nie skłania do wyjścia z ciepłego wyrka Niech żyje opcja 'drzemka' ;-)

1:30 budzik. Nnnno nie, trzeba się w końcu zwlec. 'Śniadanko', kawusia do termosu, w ostatniej chwili wzięło mnie jeszcze na ogolenie się, coby zwierzątek w lesie nie płoszyć ;-) Znoszenie 2 sakw i 2 worków + roweru 4 kondygnacje niżej - tak coś czuję, że spawany 5-krotnie bagażnik, 2-krotnie spawana rama, popękana obręcz i zajeżdżona, lekko luzująca piasta nie pozwolą nawet na wyjechanie z Gdyni...

3:00 w końcu udaje się wyjechać. Tyłem rzuca na boki niemiłosiernie (już wiem, po co są przednie low-ridery), bagażnik lekko poskrzypuje, z supportu dochodzą jakieś niepokojące zgrzyty (tak to jest, jak się na dzień przed wymienia support) Tak się zastanawiam, co pierwsze i na jak wielkim zadupiu się posypie :-) Zaczynam powoli wczuwać się w Phantoma ;) Na szczęście siąpiący deszcz i chłód skutecznie odwraca uwagę od sprzętu

4:00 Chwaszczyno. Jakoś całkiem szybko jak na jazdę pod górkę z takim ciężarem.
DK20 jedzie sie komfortowo niczym jak ścieżką rowerową - puuuuusto, więc rezygnuję z jakiegokolwiek kręcenia przez Kiełpina i Goręczyna - zwłaszcza że trochę poślizgu vs. plan, a i pogoda demotywuje.
Halogen jest bezużyteczny - granatowa 'szarówka'o tej porze roku pozwala spokojnie na jazde szosą bez oświetlenia

5:15 Borcz. Kultowa stacja, całosezonowe i całodobowe zbawienie dla rowerzystów w zimnej porze roku, przez sentyment zatrzymuję się na łyk kawy i bananka. Niezly ruch jak na tę godzinę - glównie budowlancy jadacy do roboty - kazdy bez wyjatku bierze zestaw sniadaniowy: 2 piwa :-) Świt nastał jakoś tak niezauważenie - ot, szarość zrobiła się trochę jaśniejsza

6:00 podjazd pod przęłączkę pod Wieżycą. Pagór jak zwykle tonie w oparach mgły. Nasilający się deszcz zmusza do wrzucenia czegoś nieprzemakalnego. Robi się spory ruch, w tym ciężki - na szczęście głównie w przeciwną stronę

6:45 Kościerzyna. Nie cierpię dróg rowerowych na przelotówkach przez miejscowości, ale w Kościerzynie naprawdę się postarali - imho najsensowniej zrobiona droga rowerowa na Pomorzu: po obu stronach jezdni, bez ostrych łuków, pozostawiająca spory chodnik, dobrze rozwiązane skrzyżowania z ulicami z wyznakowanymi przejazdami, żadnych nieciągłości przez całe miasto - gdyby tylko sfrezować krawężniki z >1cm do tych zwyczajowych 2mm (z ciężkimi sakwami i 1cm to już sporo)- jechałoby się wręcz wspaniale. Ale i tak włodarzy Gdyni wysłałbym 'na wieś', aby nauczyli się infrastrukturę robić... Brawo dla kościerskich drogowców. Ścieżka, jak na tę porę, całkiem obłożona - kilku siatkarzy z porannymi zakupami, parę osób zmierzających do roboty + jeden sakwiarz ;-)
W sklepe przy rondzie na rozjeździe na Wdzydze wyjątkowo nie dowieźli olbrzymich drożdżówek francuskich po 75gr za szt - trzeba się obejść innymi ;-) Polecam sklep - m.in pycha ogóreczki, niezłe mięsiwo ogniskowe - testowałem kilkukrotnie jadąc w Bory ;-) Klientela niemal wyłącznie ta sama co w Borczu: '2piwa poproszę' ;-)

7:15 Droga na Wdzydze, z drugiej strony sznur wywrotek - żwirownia w Rybakach najwyraźniej zaczęła pracę

7:35 Wąglikowice. W końcu szuterek. Całkiem komfortowy, bez tarki, zapiaszczenie umiarkowane - choć odciążona przednia opona 1.5'' robi na piasku co tylko chce. Pod Loryńcem ciekawe szlaki (vide galeria) - sądząc z piktogramu, tylko dla chodzących parami ;-) Coś mi się wydaje, że chyba nie są do końca europejskie i politycznie poprawne - dyskryminują nieheteroseksualnych ;-)
Nie mogę uwierzyć własnym oczom - nie dość, że przestało padać, to jeszcze wychodzi słońce i niebieskie niebo!

8:30 Dziemiany. Znów asfalt

8:45 Trzebuń. Zjazd szuterkiem do Londy, a dalej dłuuugaśna leśna autostrada do Laski, po której niemal nie śmigają samochody

8:55 szutrowy zjazd i psssssss... oczywiście tylne koło #$@?#?% Jadąc z sakwami oczywiście guma zawsze musi trafić się w tylnym kole - i trzeba się bujać ze zdejmowaniem dobytku...
Dziwna coś ta dziura - od strony obręczy, ale tylko jedna - więc raczej nie jest to typowy snake. W oponie nic nie siedzi, obręcz też ok... Zbyt szybko przykleiłem łatkę, trzeba łatać jeszcze raz. W końcu zakładam oponę, pompuję, dobytek ładujemy na bagażnik, czas wsiadać - ostatnie spojrzenie czy koło dobrze napompowane - k$%#$%#$%#$rrr%#$%#$%#$a... wyjaśniło się, skąd ta dziwna dziura - pękła opona przy drucie ;-/ Ścierwiasta Kenda. Z niedowierzaniem czytałem opinie o Kwestach pękających po 2-3 tysiącach, no i się doczekałem. I znowu zdejmowanie bagażu, koła, dętki. Jedyne co mi przychodzi na myśl to podłożenie pod oponę dużej łatki. Jeszcze 30km, może dojadę, a w Swornych oponę się skombinuje... Po napompowaniu tracę tę nadzieję - dętka coraz śmielej próbuje wyglądać zza opony

9:35 udało się przejechać całe 500m, huk z tyłu pozbawił mnie złudzeń. Z podłożonej łatki niewiele zostało. I znów bagaż, koło, opona. Łatam dętkę i zastanawiam się, co podłożyć tym razem. Sworne i kajaki już sobie odpuszczam - byle dotelepać się te 8km do Dziemian, na pociąg do Gdyni (całe szczęście, że jeszcze tej pięknej borackiej linii nie zawiesili). wybór pada na butelkę pet + taśmę izolacyjną (po imbusie nr5 najważniejsze narzędzie rowerowe ;-). Jako-tako to wygląda, taśma nieźle chroni dętkę od przebicia o ostrą krawędź butelki. Po napompowaniu opona się wybrzuszyła, ale dętka nie wylazła na wierzch. Z duszą na ramieniu wracam do Dziemian. Zagadnięci po drodze panowie raczący się browarkiem co prawda nie mają zbędnych opon do roweru, ale oferują w zamian ogumienie do malucha ;-) Za to są święcie przekonani, że w Dziemianach można oponę dostać. Hmmm, w sumie zawsze o tej mieścince miałem dobre zdanie, więc może w temacie kajaków nie wszystko jeszcze stracone :-)

10:55 Dziemiany. W motoryzacyjnym opon nie mają, ale wiedzą, gdzie mają. Sklep wędkarsko-rowerowy (właściciel pomysł na mariaż branż chyba od Shimano wziął ;-), zwie się 'Alicja', tuż przy lokalu gastr-rozr. 'Solano'. Dla potomnych: w soboty czynny do 14ej, wybór części chyba niewielki, ale rower za niewielkie pieniądze można sobie kupić :-) Przesympatyczna właścicielka wytargała z zaplecza jakiś chiński wyrób za 18zł wywołując szeeerroooooki uśmiech na mojej twarzy. Co prawda dopuszczalne max ciśnienie zaledwie 3.5 bar budzi moje lekkie wątpliwości co do jakości opony, ale liczę, że 300km przeżyje :-) Wracam z powrotem, nie zmieniając opony - zobaczymy, ile prowizorka wytrzyma

11:45 przepiękna autostrada Przymuszewo - Laska. Świeżo rozwinięty asfalt, pobocze niczym na autostradzie - i to wszystko dla tych 3 samochodów dziennie :-))) Oj, lepiej żeby jeżdżący na codzień np. Marynarki Polskiej czy Sucharskiego nie widzieli, na co idą pieniądze drogowców :-) Jakby ktoś się kiedyś zastanawiał, co komuś odbiło z remontem będącej w dobrym stanie drogi - wystarczy sprawdzić, gdzie jest siedziba zaborskiego nadleśnictwa... :-D

11:55 prowizorka wytrzymała dokładnie 20km i pooszła z wielkim hukiem :-) Dętka raczej już nie do łatania, wyciągam drugą. Przy okazji dokręcenie bagażnika i małe centrowanko tylnego koła

12.45 Laska. Sworne o rzut beretem. Tubylesi napoczynający pod sklepem wino marki 'Wiśnia' odradzają najkrótszą drogę ze względu na piach i podpowiadają wariant okrężny. Wyjątkowo idę za poradą i nie żałuję - piach też jest, ale 'objazd' jest przepiękny - brzegiem kilku śródleśnych jeziorek. A w Śluzie wjazd na znajomy szuterek brzegiem Zbrzycy - też pięknie, choć piasek i tarka daje się we znaki. Niezły żar leje się z nieba.

13.35 Charakterystyczna wieża kościoła Św. Barbary - uff, na miejscu. Zakupy w świetnie zaopatrzonym sklepie przy moście i do wypożyczalni

14.00 Czas na przepak - dobytek wędruje do worów, a rower zmienia się w suszarkę dla ciuchów i wędruje do hangaru w miejsce Prijonika Cruisera. W prowiancie stwierdzam brak zakupionego, apetycznie wyglądającego sera - dziurawca: cóż, przez najbliższe 24h czeka mnie dieta kiełbasiano-czekoladowa ;-)

15.00 No i w końcu, z 5h poślizgiem - na wodzie!

<mode rower=off>

co tu dużo gadać - trasa lekka łatwa i przyjemna, do Mylofu i nazad, 19km po jeziorach + 4 po rzekach w jedną stronę i to samo z powrotem; wiatru prawie wcale - więc nawet fali na jeziorze się nie uświadczyło, coby było z czym powalczyć ;-); kajak-marzenie, niemal sam płynie, nocleg na polance nad zalewem Brdy przed Mylofem w towarzystwie dziczyzny, czapli i łabędzia, reset już o 21ej - nawet żubrzastego izotonika nie miałem siły dopić do końca :-) A w niedzielę wizyta w Mylofie, powrót w grzejącym słońcu (hehe, pierwsza opalenizna 'rękawkowa' w tym roku) i o 16 z powrotem melduję się w SG. Szczupak w przywypożyczalniowej tawernie smakuje wyśmienicie. Przepak w drugą stronę i wbijanie się w gacie rowerowe

<mode rower=on>

17.00 co za przepiękne uczucie - już po kajakach, a tu słoneczne, późne popołudnie i wspaniałe tereny południowych Kaszub do przejechania... Jak człowiek mógł być wcześniej tak głupi i dojeżdżać w Bory samochodem??

17.10 wizyta w sklepie - o moim zaginionym serze nic nie wiedzą :-> No trudno, niech jedzą na zdrowie ;-)

17:20 kierunek Leśno. Asfalcik, szutr, asfalcik - przed Leśnem odbijam na kurhany. Bardzo ciekawy rezerwat archeologiczny, chyba nawet bardziej interesujący niż te w Odrach i Węsiorach - m.in są odkryte groby skrzynkowe. Polecam obejrzeć. Niestety stada komarów i much nie pozwalają na dłuższą eksplorację :-(

19:00 Leśno. Kościół. Opad szczeny... czytałem, że jest interesujący, na zdjęciach wyglądał pięknie, ale dopiero na żywo robi wrażenie: zadbany, cały w drewnie, kryty gontem, piekna wieża (nb. przypominająca bardziej kościoły podgórskie) kryta gontem niemal od 'stóp do głów'. Do tego utrzymana w tym samym stylu plebania (a może kaplica) na tle jeziora... Bez wątpienia jeden z najpiękniejszych kościołów na Pomorzu.

19:45 Wiele. Też ciekawa miejscowość, bardzo fajna narożna kamienica przy kościele z barem piwnym :-) Niestety czasu brak na eksplorację malowniczo położonej kalwarii - i tak muszę tu niedługo przyjechać

20:15 po kolei: Borsk, Wdzydze T., Olpuch, Nw. Kiszewa - gładki, pusty asfalt przez serce sosnowych borów... W Olpuchu rodzi sie finalny plan powrotu - bypass Kościerzyny przez Wlk. Klincz - Grabowo - Egiertowo, a dalej Somonino - Kiełpino - Dzierżążno - Żukowo i dalej DK20. Jedzie się pięknie w zapadających ciemnościach, a 224 przed Egiertowem to poezja - w światłach jadących z tyłu samochodów drzewa tworzą wrażenie prawdziwego tunelu. W Egiertowie samotną jazdę postanawiam umilić towarzystwem radia PR3 i Kaczkosia - i robi się jeszcze piękniej :-)

22:00 Kiełpino. A może by tak przez Kartuzy - Przodkowo - Czeczewo - Warzno - Chwaszczyno??? Eeee, lenistwo bierze górę - jadę przez Dzierżążno

22:50 Asfaltu do samego Dzierżażna nadal nie ma, za to wybojów w szutrze coraz więcej

23:15 Zjaz na znienawidzoną drogę 211. Wąsko, kręto, ruch zazwyczaj makabrycznie duży, a tubylcy spod Kartuz za kierownicami Golfów '91 i starszych traktują rowerzystów, jakby ich nie było. Na szczęście o tej porze pusto

23:16 Trzask! Wiedziałem, że mam się trzmać z daleka od tej drogi... Bagażnik? Rama? Eeee, to pewnie tylna obręcz, która już od 10kkm trzyma się na słowo honoru. Hmmm, 35km do Gdyni: 8h z buta ;-) albo nocleg gdzieś w lesie (nie ma to jak jazda z sakwami z pełnym ekwipunkiem pod ręką!) i poranny pociąg. Hmmm, dziwne - obręcz cała, bagażnik cały, rama cała, szprychy komplecie.... po minucie w końcu znajduję pękniętą szprychę. Oczywiście od strony wolnobiegu - ale co za różnica, i tak nie mam zapasu, i tak nie chciałoby mi się wymieniać. Koła zaplata się nawet na 16 szprychach, wiec 31 też powinno wystarczyć ;-) Luzuję parę szprych-sąsiadów i nawet za bardzo nie czuć bicia - mam nadzieję, że przez 30km nie strzelą następne.

0:25 Górka w Chwaszczynie. Ufff, to już prawie jak w domu - tylko 2 małe podjazdy w trakcie, a poza tym cały czas w dół :-)

0:50 No i w końcu w domu. Rozpakowuję rower i na 2 tury na czwarty etaż - oj, ciężkie te ostatnie metry, ciężkie...

A teraz jeszcze czeka mnie najgorsze - żmudna akcja pranie+suszenie :-)

Łącznie przez weekend przejechane 270km rowerem @ 20.61km/h, przepłynięte 46km kajakiem, vmax 50.5 (oczywiście na rowerze ;-)


Dodane 15 maja 2007, 00:23 przez Wojtek

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika Wojtek


paff, 14 maja 2007, 23:13
Rewelacyjna relacja!!!
Mxer, 14 maja 2007, 23:35
warto poswiecic te 15 minut na jej przeczytanie.... teraz wiem czego zaluje :)
Agniecha, 15 maja 2007, 0:23
Wiedziałam, że będę Ci zazdrościć tego wypadu:) Przyjemnie byłoby odwiedzić znów te tereny, a kościół w Leśnie i rezerwat archeologiczny robi wrażenie, to prawda:p Ja chcę w Bory!

A relacja, fakt, zajmuje troszkę minutek, ale ciekawa, więc sama przyjemność choć wirtualnie się tam znaleźć:) Jednak ja bym chyba nie przeżyła tej pobudki:(heh.
Phantom, 15 maja 2007, 0:26
Fajna relacja :)

A codo opony?? Nie mogłeś przełożyć przód na tył?. Ja zawsze tak robiłem, gdy ciśnienie pod sakwami pocharatało mi lastiki.

Kościół w Leśnie1 faktycznie robi wrażenie.
wwp, 15 maja 2007, 0:40
z zapartym tchem czytałem, narracja pierwszorzędna ! i chyba następnym razem też nie pojadę :) wolę czytać ! ! ! bo to taka sama przyjemność jak jazda rowerem :) gratulacje !!!
Flash, 15 maja 2007, 7:15
Piekna wyprawa... i ile przygód :)
Wojtek, 15 maja 2007, 9:21
Aga - istnieje też taktyka nie spania w ogóle - w przypadku pobudki o 1:30 jest nawet dość prosta w realizacji :-) Ja akurat preferuję zdrzemnąć się porządnie choćby przez godzinę czy dwie, choć na jesieni na LUC-u i pięciominutowe (bo zimno na dłuższe nie pozwalało) drzemki w przydrożnym rowie stawiały na nogi ;-)

Co do opony - rzeczywiście po przekładce na przód miałaby pewnie szansę na dłuższe życie, na przyszłość (tfutfu) się przyda (Phantom, powinieneś wydać poradnik 'Prowizoryczna naprawa i konserwacja roweru w trudnych warunkach' ;-). Ale generalnie w oponie 1.5'' taka plastikowa łatka źle się układa, chyba w większej by dłużej wytrzymywała - doszedłem do wniosku, że pod sakwy lepiej jednak brać gumy 1.75-1.9: różnica wagi mało istotna jak na rower turystyczny, opory niewiele większe (jeśli w ogóle), a zawsze są wytrzymalsze, lepiej prowadzą się w piachu i trochę zmniejszają ryzyko dobicia

PS w czerwcu bym się z chęcią wybrał na coś podobnego - tym razem może na Wdę albo Słupię - jakby ktoś był chętny, to zapraszam. Połączenie roweru i kajaka to naprawdę fajna sprawa :-)
Phantom, 15 maja 2007, 18:27
Jadąc do turcji oanowałem różnego rocaju techniki reanimacji opon. Z bąblem, przez który wystawała dętka zabezpieczona kawałkiem innej dętki przejechałem po Turcji ponad 2 tyś kilometrów. Faktem jest, że tylnie koło roweru z sakwami jest niesamowicie obciązone.
Stąd na przyszła wyprawę na przód zakadam Vauki ze względu na tańsze koszta eksploatacji, a na tył tarczówki. Mają one niezłą skuteczność i nie niszczą obręczy. Na 8 tyś kilometrów ani raz nie centrowałem przedniego koła, natomiast miałem ciagłe kłopoty z rozcentrowującym się tylnim.

Przewodnik na ekstremalne sytuacje według Polskiego Koczownika Phantoma..

Gdy zamarznie Ci przeżutka polej ją moczem... O coś takiego Ci chodziło??
Wojtek, 16 maja 2007, 12:09
Te polanie moczem nie brzmi zbyt zachęcająco, ale w sytuacjach ekstremalnych człowiek obrzydzenie odkłada na bok :-)

Co do tych tarcz na tyl to, jak na mój gust, dość oryginalny pomysł :-) Nie wiem, co musiałoby się stać, abym się skusił na tarcze na tył - tylny hamulec w sumie traktuję pomocniczo, roweru ważącego łącznie z bagażem i kierownikiem pewnie ze 130-140 kg nie ma najmniejszych szans zahamować tyłem - ze 95% siły (a wiec i ścierania obręczy/klocka) idzie na przód. Obręcz przód przeciera mi się tak w okolicach 8-10kkm, na tył - po 20kkm nie jest nawet w połowie tak zużyta... Na dodatek tylna tarczówka trochę się jednak gryzie z bagażnikiem. No ale co kto lubi... A koła masz najwyraźniej albo na zbyt słabych obręczach, albo na zbyt słabych szprychach (polecam najtansze DT Championy po 1zł szt), a najprawdopodobniej po prostu słabo naciągnięte - w zeszłym roku oddałem koło do zaplecenia z prośbą o silny naciąg, a dostałem z zupełnie nie dociągniętymi szprychami - ot warsztat. Zacząłem pleść samemu :-)

Co do ekonomii v-brake'ów - chyba za bardzo się przezwyczaiłeś do tarcz. W warunkach śniegowo-błotnych, przy mocnym i częstym hamowaniu, klocki do V spokojnie zajeździ się w weekend (a w górach i w 1 dzień), o zużyciu obręczy nie wspomnę... a różnica w cenie klocków jest może 2-krotna. Poza tym, np przy zjeździe z przełęczy sakwami , przy solidnym hamowaniu v-ką masz duże szanse na rozpuszczenie klocka i roztopienie dętki :-)
Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę


Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość (5)