na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » Park Krajobrazowy Dolina Słupi, 2 czerwca 2007






Dzień 1

Wstaliśmy o 6 rano. O siódmej była zbiórka u Mxera na ulicy Asesora. Jak zwykle pierwszy był Marek, kawka i zaraz potem pojawiła się Jawyspa.
Druga kawka, spakować rzeczy i w drogę.

W Żukowie byliśmy o 8:30, Paff z Jolą czekali już na nas. Powineliśmy ich i w drogę.
Uboot umilał nam życie, cytując Cesarza, a my powoli robiliśmy swoje czyli zmierzaliśmy do celu.

W Sierakowicach dzwoni UFO... "gdzie jesteście? bo ja już w Niemczewie!!!"

Do Niemczewa mieliśmy około 30 minut drogi, UFO w tym czasie aklimatyzował się z miejscowym wino-pijcem pod sklepem. Ile wciągnoł, do dzis się nie przyznał. Z ciekawostek, to wyszła mu średnia 29 km/h na dystansie 108km.

Zrobiliśmy ostatnie zakupy i pomknęliśmy w las , bacznie obserwując czy UFO jest w lusterku. Zmierzaliśmy do elektrowni wodnej. Na miejscu zameldowaliśmy się około 10:30. Pani z Enwoodu już na nas czekała.
Odebraliśmy klucze, wypakowaliśmy rowery i ruszyliśmy w drogę. Na pierwszy dzień naszych zmagań z natura obraliśmy szlak przyrodniczy doliny Słupi.



Wzdłóż kanału, linii jeziora w krzadyle i na drogę... trzymać się prawej mówił Pan Andrzej i tak też pojechaliśmy.
Do Krzyni mieliśmy jedna niespodziankę po drodze. Urokliwe siodło. Nic tylko w dół przez strumyk i ciach pod górkę. Ile kto może ... do pierwszego dużego korzenia. Wczołgaliśmy się na górę, co nie każdemu wbrew pozorom, lekko poszło.



Dalej już spokojnie. Udeptana ścieżką, niekiedy mijając jakiegoś spacerowicza, dojechaliśmy do elektrowni wodnej Krzynia.
Niestety jest ona w trakcie remontu ale pozwolono nam rzucić okiem na maszyny. Do maszynowni prowadził dość, nie dość to niewłaściwe słowo.. prowadziło urwisko w dół... po którym blokując oba koła i czując że odrywam się już od ziemi zjechałem w dół ... Paff chciał powtórzyć mój wyczyn, jednak trzymając w jednej ręce kierownicę a w drugiej aparat okazało się to niewykonalne. Zjechał a i owszem, tylko nie na rowerze a na tyłku łapiąc się kurczowo płotu :)

Z Krzyni udaliśmy się jadąc na azymut w poszukiwaniu ścieżki przyrodniczej. Przejechaliśmy mostek i koło schroniska młodzieżowego skręciliśmy w pole... tak niby mieliśmy jechać. Dojechaliśmy do nikąd brnąc w trawie o wysokości "do pasa". UFO postanowił spentrować bliżej te nieprzychylne nam okolice. Udał się na krotki rekonesans... UFO jedzie, jedzie, jedzie.... i nagle znikł. Dość sporych rozmiarów kreci kopiec skutecznie przeszkodził mu w dalszej jeździe. Bohater, legł w pokrzywach.

Wracając ten kilometr, po otwartej przestrzeni udało nam się skutecznie pogubić :). Jawyspa upomniana wcześniej przeze mnie by wyjęła słuchawki z uszu tak się przejęła, że je wyrzuciła ... znaczy się, zgubiła. Akcja ratunkowa w toku, a ja szukam poprawnej drogi. Znalazłem ją i czekam, czekam i czekam. Widzę Ufa, gdzieś po polu gnającego w druga stronę. Może znaleźli jakiś inny mostek, jechał w podobnym azymucie do mojego więc postanowiłem ruszyć ścieżką, licząc na to ze niedługo się gdzieś tam spotkamy.

Ścieżka prowadziła brukowym podjazdem dość stromy i długim. Obok pasły się owieczki ogrodzone elektrycznym pastuchem. Gdy dotarłem już na czubek góry postanowiłem zadzwonić do towarzyszy rowerzystów... oni już w ogóle się zamotali i zalegli pod elektrownia w Krzyni. Objaśniłem im po krótce jak trafić do mnie i po 15 minutach byliśmy już w komplecie na prawidłowej drodze. Tutaj zrobiliśmy sobie wspólna fotkę przy wykonaniu której UFO chciał poczuć się jak te owieczki i ochoczo złapał pastucha.... jakież było jego zdziwienie :) to kopie... ,a nie ma nóg :)

Ścieżką przyrodnicza, po zapiaszczonych dróżkach dotarliśmy do Łysomiczki... Tutaj UFO, już wyrwał do przodu.. a ja go skutecznie powstrzymałem. Źle jedziemy, ... mapa i nawrotka. Z Łysomiczek asfalcikiem do Żelkowka tam przywitał nas czarny szlak :) w końcu będzie się coś działo :) szlak ładnie doprowadził nas do Żelek. Droga mijała w poczuciem humoru, słońce którego nie było, nie doskwierało, azymut w kierunku drogi numer 21, aż tu nagle ... w sumie to nie wiem co, efekt taki ... Jolka stoi , UFO leży na środku drogi i się podnieść nie może :) .

Pozbierani uśmiechnięci, dojechali do 21ki. 1km asfaltem i uciekamy do Płaszewa.
Ogólne braki zaopatrzenia dają się we znaki, brak wody, brak prowiantu... miny kwaśne. W Płaszewie jest jeden sklep, ale był zamknięty. Okazało się ze tylko powierzchownie, mały dzwoneczek przy drzwiach i sezamie otwórz się. Warkocz, woda, lody... mały sklepik, ale każdego zadowolił. Czarnym dalej podążyliśmy do Kluszczewa. Tam ku smutkowi UFA opuściliśmy szlak na Sycewice i udaliśmy się na skróty do Słupska. W samym Kluszczewie, wyprzedził nas członek tamtejsze grupy rowerowej "jabol" na swojej przecudnej „ukrainie”. UFO podłapał wyzwanie, jednak starszy Pan tak samo szybko jak nas wyprzedził, tak samo szybko zrezygnował z konfrontacji :) Udzielił nam za to wskazówek jak jechać, delikatna zmarszczka i w pole. Droga najpierw, polna zamieniła się na na autostradę budowaną pod euro2012, lecz jeszcze nieskończona... właściwie ledwo co zaczętą.



Będzie łączyła ona stadiony w "skromny bąk 1" oraz "żółwie do boju 2". Po tak zapiaszczonej i nieutwardzonej drodze możecie pojeździć tylko na budowie. Gdzie niegdzie udało się przebić i ruszyć z miejsca, czasami nawet rozpędzając się do zawrotnych 12 km/h. Tutaj spotkała mnie niespodziaka. Jola wjechała w lekka dziurkę, przyhamowała, ruszyła.... ja pamiętam tylko lot ptaka nad kukułczym gniazdem.... BUMMM, Zrobiłem klasyczne OTB. Chwile zawahania w piasku wykorzystali prędko paparazzi...
... wstałem, otrzepałem się i pojechałem... co tu dużo gadać.

Tak w sumie polnymi drużkami dojechaliśmy do centrum Słupska. Zajechaliśmy na plac przed ratuszem i wrzuciliśmy coś na ząb. Pizzernia Piccolo uraczyła nas swoim menu, a pracujący w niej Tomek spokrewniony z siodełkarzami z gdańska sprawnie podał nam jedzonko i w uścisku dłoni przypozował do zdjęcia :) gorąco Cię pozdrawiamy, trzeba było jechać z nami.

Jawyspa oznajmiła nam ze ma mega kryzys i że chce ciufcią do domu. Nie ma takiej opcji koleżanko. Ciągnąc na kole pomknęliśmy bocznymi asfalcikami koło Akademii Pedagogicznej nadziewając się na połączenie żółtego i czarnego szlaku.
Po kilku kilometrach, szlaki rozłączyły się, my pojechaliśmy dalej żółtym w kierunku Dębnicy Kaszubskiej. Prześliczne dróżki, pełne nasypów, mostków i drzew. Szeroki pas kamyczków i spokojnie sobie pedałujemy. Gdzieś w środku lasu UFO się wyrywa, że tu niedaleko jest elektrownia wodna - Skarszów Dolny. Obskoczyliśmy ją po prędce, integrując się z miejscowym Fafikiem... i ruszyliśmy na Dębnice Kaszubską. Tam obejrzawszy z zewnątrz nowo wybudowaną salę gimnastyczną miejscowej wioski, udaliśmy się do sklepu po zaopatrzenie. Coś wypiliśmy, naładowaliśmy do plecaków i ruszyliśmy do Konradowa. Wszyscy chcieli lasem, ale słowo "zapasowy wojskowy pas startowy" zmieniło zdania. Ku uciesze Jawyspy jechaliśmy asfaltem. Po drodze spotkaliśmy patrol policji który wyciągał jakiegoś dziadka z rowu wraz z rowerem na którym mu się najwidoczniej dobrze spało ... dalej jechaliśmy przez pas startowy, skręt w prawo w las. Lasem 3km i ujrzeliśmy naszą przystań ... Elektrownie Wodną Strzegomino.

Na wieczór zapowiedziany był grill z 2kg karkowi przyżądzonymi przez Pawła. Dojechał jeszcze do nas na kołach prosto z pracy Phantom. Paluszki lizać. Do tego piwko, jedno czy dwa i grzecznie spać.



Dzień 2

Zaczął się stanowczo za wcześnie :)
Pobudka po 7 godzinach snu o 8mej rano. O dziewiątej śniadanie a o 9:45 zameldowałem się na dole w Elektrowni.
Ochoczo krzątających się bikerów z daleka można było rozpoznać, do kompletu brakowało Tomka / U.F.O./ który podjechał (10km) do sklepu po śniadanie /jogurciki/ :)

Sielanka nie trwała długo. Elektrownia od środka.... /Jawyspa/ definitywnie odmawia współpracy tego dnia, zostaje w domu. Zaopiekuje się nią Justyna z wesoła gromadka Hirniakow.
Po obejrzeniu Elektowi Wodnej Strzegomino ruszyliśmy na szlak.
Na początek żółty, ten od którego wczoraj zaczynaliśmy, ale tym razem w druga stronę.
Po zapiaszczonych drogach 6 km do Gałąźni Małej gdzie czekała na nas, największa z elektrowni na Słupi.
Wybudowana w 1925 roku, 5 turbinowa elektrownia szczytowa okazała się niezłą gratka dla zwiedzających.
Poza zwiedzaniem hali maszyn z tarasu widokowego i zewnętrznych murów w środku czekała przygotowana sala z eksponatami,



planami i zdjęciami zarówno z czasów budowy jak i z czasów obecnych. Zamieszczone są również zdjęcia lotnicze większości elektrowni wodnych na Słupi wraz ze zbiornikami wodnymi.
Podziękowaliśmy za oprowadzenie i ruszyliśmy w górę szlaku.
Na pierwszy przystanek nie trzeba było długo czekać, nadarzył się zaraz za elektrownią, a mianowicie po podjeździe wskoczyliśmy na rury doprowadzające wodę pod ciśnieniem 4 atmosfer do maszyn.
Sesja opiewająca humorystycznymi wstawkami i znowu na siodełka.



Poruszaliśmy się dalej wałem pod którym przebiegała konstrukcja dopływu wody do elektrowni.
Tak dotarliśmy do pierwszego zameczku wodnego. Nazwa zamek wzięła się sta, że chronił właściwą elektrownię za pomocą śluz przed zbyt dużym ciśnieniem w rurach. Sesja.... i w drogę, koroną wału . 9 km/h... szybciej się nie dało. Wyboje, trawa, przez pewnie czas jechaliśmy dziewiczym "polem" przy okazji podziwiając zarwane lub zniszczone mosty na kanale które w dzisiejszych czasach prowadziły by do nikąd. Przed wojna były tam pola... dziś rośnie gesty las.
Tym sposobem dotarliśmy do górnego syfonu kanału. Czyli odmulnika. Zabezpieczał on kanał elektrowni przed gromadzeniem się mułu i gruzu niesionego z wodą. Tutaj miejsce miała pierwsza przerwa nastawiona odgórnie na odpoczynek. Kanapka, banan, co tam kto miał.

Strome zejście, strome podejście... i lecimy dalej... szukać żółtego szlaku.



Jest, trochę zapyziały starością, ale jest. Poruszamy się malowniczymi ścieżkami, pełnymi stromych podjazdów, wąskich zjazdów, piaszczystych podłoży, leśnych duktów czy bezdroży. Nagle.. przed oczami mamy ścianę płaczu... wszyscy dzielnie sobie z nią poradzili, ale przyznać trzeba jedno... nie był to light. Ślizgające się tylne koło buksowało pod naciskiem na pedały wyrzucając w górę ściółkę leśną, oraz to co tylko można było, a było luźne i nie związane z podłożem ... moment obrotowy choć przekazany na koła nie był w stanie poruszyć rowerem. Walcząc z samym sobą i tętnem w okolicach 180 słysząc za plecami donośne okrzyki "pompuj !, pompuj !" pół żywy wdrapałem się na szczyt. Odwracam się i widzę jak kolejne rowery ładują na czubku... Paweł, Jola, Tomek, Marek, Marek.... ledwo łapiąc oddech wymawiam "postój"... nikt nie słyszy, ciągną dalej, no nic... jak trza, to trza... wskakuje na pomarańczowego rumaka i staram się ich dogonić.
Kolejne siodło, potem porcja batów w twarz od przydrożnych gałęzi.... no co za wspaniała droga.
Ciasnymi drużkami wypadamy na szosę przecinająca rzekę Słupię.

Asfalt... nie... ale już nie żółtym. Zasłyszane od Mietka "Trening Interwałowy" ma tutaj swoje odniesienie. Jesteśmy na 27km trasy i już ledwo żywi.
Postój dosłownie 3 minuty i w drogę.. teraz szukamy zielonego szlaku. Znajdował się nieopodal, jakieś 500m od nas.... wjeżdzamy i co widzimy ? Szeroki, plaski jak stół, ubity szuter. Długie proste.... jak daleko wzrok sięga... i jeszcze dalej. Tutaj w końcu można odpocząć. Napawając się otoczeniem, 23 km/h rowery jadą po prostu same. Mijają kolejne kilometry tej prostej, nadal szerokiej, twardej... tylko prędkość wzrasta, chwilami przekraczamy 30km/h.... sama radość.
Nagle, nasz szlak skręca, a my... a my nie /tutaj Phantom opowiada nam o harpaganie jak to wszystko już tutaj schodził.. Boże ratuj :) /. Znowu żółty... góra leśna -> 2km.... UFO szczęśliwy, po płaskim odcinku w końcu górki... no i były... żółty ponownie pokazuje swoje oblicze. Pot z czoła zalewa nie tylko czoło, ale i okulary. Mijają kolejne kilometry... to już okolice 36km trasy. Dopadamy do pierwszego sklepu dzisiejszego dnia, uzupełniamy płyny, posilamy się zdechłym jogurtem, ptasim mleczkiem, coca cola /nie musze pisać kto się nią posilał/, rozmowy o polskich koczownikach i ich pulpowej diecie.... i w drogę do ostatniej elektrowni dzisiejszego dnia. W niej to jest najstarsza sprawna żarówka na świecie, liczy już przeszło 100lat. Widzieć jej nie widzieliśmy, ale dowiedzieliśmy się wcześniej ze służyła dawniej do synchronizacji kątów przesunięcia fazowego w czasie załączania generatorów w siec.

Średnio długi psotuj i w drogę, przez chybotliwy mostek na kolach i na wal... znowu po dzikich zaroślach.... czy to się dzisiaj skończy ? Po 1,5km Dojeżdżamy do Młynek... tutaj niewygodna droga polna zamieniamy na.... brukowy podjazd który ciągnie się i ciągnie.... dalej las... piach i tym razem szlak koloru niebieskiego ... najprawdopodobniej, bo był tak granatowy jak czarny on to doprowadza nas do miejscowości Żukówko dalej udajemy się Pomysk.

W końcu asfalt.. hura droga 228. Radość przedwczesna.... to 2 kilometrowy podjazd o sporym nachyleniu.... mkniemy jak znaki pokazują na Bytów. Na szosie 228 kilka aut było, wiec chcemy zmykać.. ale brak UFA i Uboota. Pomknęli zbyt szybko, telefon i zawracają.

Plan zakładał wjazd na szlak „Zwiniętych torów kolejowych”, która ma nas doprowadzić do Bytowa. Droga przednia, kamyczki drobne porozsiewane po podłożu, a my... 25 km/h. Kolejny raz upewniłem się ze wszyscy jadą... ano jadą, uśmiechnięci rozgadani... czego więcej można chcieć ?

Wpadamy do Bytowa, na stacji kolejowej małe zamieszanie, droga na zamek.. i tu nas łapie jedyny deszcz. Pod drzewem i parasolami chowamy się przed tym 3 minutowym opadem.
Kolejny etap, to obiad... stół biesiadny podzieliliśmy na w podobozy... pizza italiano oraz makaranio italiano.
Wyszedł godzinny postój. Na koń, rzekł Paweł kręcąc już kółeczka po parkingu, sklep spożywczy i w drogę... kierujemy się na Niedarzyno , po przejechaniu jakiś 7km w Osieku wbijamy się w polne drogi... Nie było to do końca oczywiste bo zjeżdzając z asfaltu UFO mówi "no to mam problem". Czekamy na Phantoma, jego legenda Kellysa wiezie go resztą swego aluminiowego życia. Tylnie koło w czasie kręcenia przesuwa się o 5 cm prawo/lewo... to już koniec przygody.... Phantom gestem rozpaczy chce obadać tylnia piastę, podnosi za siodełko rower do góry i.... i odpada tylnie koło ! Szybko zamykacz się sam otwożył ! co za..../tiiiiiiiiit/. Spioł, próba czy działa.... działa, znaczy skrzypi i terkocze jak wcześniej. Jedynym miejsce na drodze, kiedy nie można rozpoznać dźwięków wydawanych przez rower Phantoma, to droga kocimi łbami... w każdych innych warunkach na słuch każdy rozpozna czy za nim przypadkiem nie jedzie Phantom, no ale zostawmy już tego polbrukowca w spokoju.... zajmijmy się trasa. Posiadana przez Paffa mapa z 1994 roku do tej pory spisywała się znakomicie... ale jej lata świetności minęły.... wiec nie obyło się bez pomyłek w nawigacji.
Natknęliśmy się na nowo powstałą /jeszcze patki wyznaczające przebieg był zainstalowane/ leśna drogę. Podjazd... zjazd.... podjazd.. ile tych podjazdów i to takich ze na "górskiej" trzeba dawać ognia.... prosta, i cudowny zjazd... no co to był za zjazd.... uff... potem mostek którego nie zauważyliśmy bo tak szybko jechaliśmy i znowu długi podjazd.... prosta rozstaje dróg.... Paff mówi w prawo... Phantom "daj mapę"... sumarycznie pojechaliśmy w lewo... znowu dziki zjazd i podjazd... potem dziki zjazd z korzeniami.. myślę sobie.. za każdym zjazdem zawsze jest podjazd, oby nie taki jak ten zjazd... i nagle.. droga się kończy.. Słupia mówi nam HALT ! Jesteśmy na skraju Słupi i jednego z jej dopływów, dalej nie ma nic... i zgadnijcie co... ? ... tak... teraz pniemy się w gore. Chwilami mam ochotę oddać przyrodzie ta zapiekankę makaronowa z Bytowa... nagle przecinka w bok. STOP ! Paff i Phantom jada obadać, mijają kolejne minuty... o dziwo w środku lasu napotykamy jadących skuterkiem wędkarzy /2 sztuki/ mówią nam że musimy cofnąć się do mostku który przeoczyliśmy i za nim w prawo. Ekipa która odbiła nie daje znaków, UFO pędzi za nimi. Po chwili wraca i mówi ze oni pojada dołem my górą. /dołem wg wędkarzy nie da się przejachać/. Kończymy zaczęty podjazd.... potem prosta, w dół i ten cudowny zjazd, tym razem jednak w góre... znowu serce mocniej zabiło, powrót to krzyżówki i na zjazd na mostek [49km/h w lesie, ale czad]. Na mostku czeka już Paweł i Marek.
Za mostkiem w las... Phantom jęczy "ja bym tedy nie jechał... znam te drogę"... ale nie słuchamy go. Podłoże pozwala na 10 - 12 km/h.. i podjazd... z piaskiem... korzeniami.... bosko. Dojeżdzamy do "gdzieś na środku pustyni".. słuchając jak to Phantom dywaguje o jego wrodzonym poludniowskazniku pod kopułą... krzyżówką... prosto czy w prawo.. żuć moneta... w prawo :) Od tego miejsca ja przejmuję kontrole nad trasa "na azymut". Siła dedukcji eliminuje kolejne skrzyżowanie, dalej piękny wysoki las. Trochę kamieni... mchu, podjazdów i wracamy na nowo powstałą drogę ponownie. Chyba nie do końca tak miało być, ale co zrobić... ciągniemy dalej. Tym sposobem zapoznawszy się z niedokładnościami mapy, uświadomieni o błędach nawigacyjnych wbijamy się na leśną autostradę A16 i podążamy nią wśród świeżo wyciętych drzew ku drodze naszego przeznaczenia. 3.5km dróg po których w powszechne dni tygodnia pragi ciągną wycięte drzewa.

Dobijamy do asfaltu, teraz 1200m masy bitumicznej pod naszymi gumowymi torusami, jak to lekko idzie... 23 - 25 km/h bez wysiłku.

Kolejna wioska i asfalt zamieniamy na nasz ulubiony bruk. Oczywiście pod górkę, bo jakże by inaczej.
Bruk się kończy i mamy las. Dojeżdżamy mało uczęszczaną nawet przez leśniczego drogą do ścieżki przyrodniczej Dolina Słupi, ... poszerzyło się, jest szuter można przycisnąć. Ja na czele, 25 km/h nie schodzi z wyświetlacza ... śmigamy...

Wnet cos zaczęło mi przeskakiwać jak mocniej naduszałem na podjeździe... w czasie kręcenia przyjrzałem się korbie i okazało się że.... że zerwałem łańcuch !



Nasza jedyna poważna awaria. Skuwacz w dłoń, wbrew słów Phantoma i uczynności UFA 9cio rzędowej spinki skracam łańcuch o 2 ogniwa. Uboot służy cennymi radami... i łańcuch spięty, Można jechać.

Charakter drogi właściwie się nie zmienia, tak dojeżadzamy do elektrowni wodnej Galąźnia Mała drugi raz dzisiejszego dnia,
Zjazd po bruku i kościółek na malej... szybka decyzja bo tną komary... "nie jedziemy tedy co rano przyjechaliśmy, objeżdzamy jezioro konradowo". Asfalt i pod górkę, kolejna stroma górka, znowu mięsnie pożądniej się rozgrzały.
Dojeżdzamy do oznaczeń przy drodze zrobionych przez Enwood [wszystkie elektrownie doskonale oznakowane, pełen szacunek] i wbijamy się na kolejną zapiaszczona leśną drogę. Znowu podjazd [czy my nigdy nie będziemy jechać w dół ? Za zakrętem w prawo i tonami sypkiego piachu. Na górskiej jakoś się wczłapałem, Paff zrobił to rozpędem, a Phantom... na blacie stanął. Pcha. Potem prosta... znów grząski piasek... ja utknołem... i w końcu zjazd... długi, szybki... mamy te chwile rozkoszy dla siebie.
Tak dojeżdżamy do brzegu jeziora Konradowo, objeżdżamy je i lądujemy na śluzie upustowej. Dalej to już tylko 800m z jedna sesja zdjęciową /Jola chciała nam pokazać jak robi OTB ale do końca jej nie wyszło/ i dom.

Zmordowani lądujemy o 21 na starcie. Za nami 90km pełnych wrażeń, 10 minut przerwy, i pakujemy rowery na dach. Phantom ze względu, na to, że musi o trzeciej rano wstać do pracy pakuje się do mojej Skodzinki [5 osób + 4ry rowery]. Wyjeżdżamy z lasu, Paweł i Jola ruszają przodem, my nie śpiesząc się za nimi.

Grzecznie i jak przystało na organizatora, rozwożę Phantom pod dom, Uboota pod dom, Ewa pod dom by w końcu o 0:50 wylądować na Asesora 9.

Cóż mogę powiedzieć, kto nie był ma czego żałować, kto był.. długo to będzie wspominał.
Dziękuję wszystkim za udział w tym niecodziennym wypadzie. Szczególnie Paffowi za przygotowanie trasy, Phantomowi za trafne azymutowanie, Ubootowi za wszelaka pomoc merytoryczna, UFO... tobie pełen szacunek, wiem ze na kołach wróciłeś o 1:30 w nocy, zapewne po weekendzie wyszło ci ponad 450km.

Dziękuję również właściecielowi Elektrowni Wodnych Enwood za udostępnienie zwiedzającym swoich obiektów w niedzielę gdy ogólnie nie są dostępne do zwiedzania, oraz za dobre przygotowanie warunków noclegowych.

Mam nadzieje ze nie jeden raz jeszcze przeżyjemy taka przygodę !

P.S. Wszystkie zdjęcia znajdziecie na FTP, tutaj pojawią się z małym opuźnieniem bo tyle ich jest :)
P.S.1. Fotku by Uboot, UFO,Paff i Phantom


Dodane 11 października 2007, 05:02 przez Mxer

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika paff

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika Phantom


Phantom, 16 marca 2009, 9:13
Fotki dodane
Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę


Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość (16)