na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » ŚWIĄTECZNA PRZEJAŻDŻKA ROWEROWA NA WIEŻYCĘ!, 26 grudnia 2006



Pomysł na świąteczną przejażdżkę rowerową pojawił się właściwie już na ognisku GRT kończącym sezon rowerowy 2006. Co prawda, jeszcze nie było wiadomo dokąd pojedziemy, ale ważne, że chęci były:) Jeszcze tylko trzeba było dokonać wymiany osprzętu w rowerku, ponieważ po intensywnej eksploatacji zdążył się zużyć, dobiły go „Markowe” Kluki na rajdzie po ziemiach słupskich i lęborskich. Odwiedziwszy wraz z Wojtkiem serwis rowerowy, można było planować kolejne podbijanie naszej polskiej ziemi. Z nowym napędem miało okazać się to zdecydowanie przyjemniejsze i prostsze:) Zastanawiając się, w jakie rejony można by uderzyć, padł pomysł: oczywiście Wieżyca! Jako, że wiedziałam już, iż nie będę mogła uczestniczyć w sylwestrowym rajdzie na najwyższy szczyt Wzgórz Szymbarskich, z powodu innych planów sylwestrowych, zdecydowałam, by odwiedzić to miejsce, po raz pierwszy dla mnie na rowerze, jeszcze w starym roku! Miała to być swobodna przejażdżka, właściwie na początku tylko z Wojtkiem, ale spotkała się ona z entuzjazmem również wśród innych bikerów, z którymi zgadałam się jeszcze na gadu:), a którzy też nie chcieli, jak my, spędzić tych świąt za stołem, obżerając się świątecznymi smakołykami. W konsekwencji zdecydowałam się bardziej przyłożyć do opracowania trasy, ale i tak nie chciałam być organizatorem:P, jednak chłopaki taką łatkę mi przypisali, dlatego teraz piszę tę relację.

W drugi dzień świąt 26 grudnia spotkaliśmy się więc o 9 w Baninie, w miejscu dogodnym zarówno dla tych z Gdyni, jak i Gdańska. W pierwszym miejscu spotkania w Chwaszczynie nie było nikogo, dlatego, nie tracąc czasu, razem z Januszem vel Stefanem, z którym jechałam z Dąbrowy, ruszyliśmy do miejsca docelowego. W Baninie czekali już na nas Wojtek oraz Kasia z Phantomem. Jako, że ich planowana 3-dniowa wycieczka uległa małym modyfikacjom i z wielu, zapowiadających swą obecność osób, pozostali tylko we dwoje, zdecydowali się pojechać z nami, by dalej za Wieżycą obrać kierunek właściwy dla swej podróży. Popijając pyszną kawę, przygotowaną specjalnie przez Wojtka, czekaliśmy na resztę ekipy. O 9 dojechali do nas Adam P., a tuż za nim Flash, który pędził co sił w nogach by się nie spóźnić na miejsce zbiórki.

Będąc w komplecie, „siedmiu wspaniałych” ruszyło z miejsca, gdy nagle na horyzoncie pojawił się Paweł, który dojechał do nas z Kolbud. Nie tracąc czasu, jako, iż Paweł nie lubi schodzić z roweru, skierowaliśmy się w stronę Żukowa, mijając po drodze Pępowo. W Żukowie staliśmy się niezłym widowiskiem dla miejscowych tubylców zmierzających do kościółka w ten świąteczny piękny dzień. Jadąc niebieskim szlakiem prowadzącym do Jaru Raduni, znaleźliśmy się na moście w Rutkach. Tam oczywiście nastąpiła przerwa na sesje zdjęciowe, Flash przemienił się w Św. Mikołaja, natomiast jeden z bikerów, żądny wrażeń, z potrzebą podnoszenia sobie i innym adrenaliny (mowa o Adamie, jakby się ktoś nie domyślał), przejechał śliski i nieco lodem pokryty most w Rutkach. Brawo dla niego:) Ale co znaczy taki most w obliczu dachowych podbojów na zamku w Łapalicach:). Podziwiając uroki Jaru Raduni, jechaliśmy dalej mijając Babi Dół. Na kolejnym moście Marek/Phantom rzucił hasło, by zboczyć nieco z trasy i pojechać obejrzeć kamienne kręgi, jednak wspólnie zdecydowaliśmy, że odłożymy to na raz następny. Cały czas jadąc lasem, nierzadko kopiąc się w błotku, dojechaliśmy do Kiełpina, dużej wsi kaszubskiej, gdzie zrobiliśmy krótki postój przed sklepem, który ku naszemu zdziwieniu był otwarty. Zapasy w postaci Coca Coli zostały poczynione, dlatego mogliśmy jechać dalej. Przemknąwszy szybkim tempem przez Kiełpino, przecięliśmy magistralę węglową, wjeżdżając do Bernardówki, gdzie musieliśmy poczekać na „zamulaczy”:P. Jako, że dostałam baty za zbyt szybkie tempo, zdecydowałam trochę zwolnić, by naszych brzuchów nie narażać na niebezpieczeństwo świątecznych niestrawności. Musicie wybaczyć, ale to ten nowy napęd:) Rower sam jechał:)

Trasą rowerową dojechaliśmy do Goręczyna, gdzie przez chwilę pojawił się pomysł, by zobaczyć szopkę w starym neogotyckim kościele, zbudowanym w 1639 r. Jednak ze względu na trwającą mszę, zdecydowaliśmy się jechać dalej i nie przeszkadzać miejscowym w modlitwie. Prostą drogą w dół na Rąty, skąd prowadzić nas już miał czarny szlak na szczyt Wieżycy. Jak tylko wjechaliśmy na czarny, zaczęła się prawdziwa jazda i to na co czekali wszyscy z niecierpliwością: błotko!!! ;d Dość, że ostro pod górę, to w dodatku przyszło nam jechać z dużą ilością błotnistej mazi. Część zeszła od razu z rowerka, część dojechała do połowy, tyle ile starczyło sił w nogach, ale i znaleźli się tacy, dla których pokonanie tego odcinka nie stanowiło żadnego problemu. Dojeżdżając właściwie do stacji PKP Wieżyca, mieliśmy świetną zabawę taplając się w błotku. Przeszkód miało być jednak jeszcze więcej. Zanim znaleźliśmy się pod szlabanem rozpoczynającym właściwy podjazd na szczyt, musieliśmy jeszcze pokonać rzeczkę, która przecinała nasz szlak i z rowerami na plecach wdrapać się na górę. Tu Marek/Phantom wykazał się dużą pomysłowością przypinając swoją maszynę do plecaka:) W takiej konfiguracji miał pokonać resztę szlaku. Jako wytrawny piechur, zdecydował się z rowerem na plecach wejść na szczyt! Przez chwilę pojawił się nawet pomysł jechania na rowerze z rowerem na plecach, przypiętym do plecaka, co widać na zdjęciach. Tylko Marek mógł coś takiego wymyślić:) Reszta zdecydowała się jednak podbić Wieżycę na swych rumakach. Wdarła się nawet nutka rywalizacji i ciekawość, komu uda się dotrzeć na szczyt szybciej, mi na rowerze czy Markowi pieszo z rowerem na plecach? Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałam Marka siedzącego na górze z uśmiechem na twarzy i triumfem zwiastującym zwycięstwo! Cóż… przegrałam zakład, i tak się zdarza:) Każdy swoim tempem pokonał szczyt, więc cel naszej świątecznej przejażdżki został osiągnięty. Na górze - dość mglisto, zimno i wietrznie. Długo więc tam nie zabawiliśmy. Zdzwoniwszy się z moją „papugą”, która stacjonowała w Potułach, dostaliśmy zaproszenie na kawkę i herbatkę. Szybko więc strzeliliśmy pamiątkową fotę i już mieliśmy zjeżdżać w stronę Szymbarka, kiedy nagle się spostrzegłam, że nie mam okularów. Hmm… chwila zastanowienia. Wracać czy sobie darować? Decyzja nastąpiła: wracam! Wojtek zaofiarował się, że pojedzie z gapą, ale już na dole spostrzegłam się, że jednak wszyscy zdecydowali się zjechać ze mną na dół tą samą drogą. Wielkie dzięki wam wszystkim:) Cóż za solidarność, hehe. Zjazd był oczywiście szybki, ale zbyt krótki, a szkoda:( Moim wybawcą okazał się Marek, który szybciutko znalazł zgubę, za co został czym prędzej nagrodzony. Niestety, podczas gdy ja poprawiłam sobie humor, mając już okulary na nosie, Wojtek stracił humor, rozwalając sobie rower, a dokładnie wyginając hak, na skutek czego wózek się przekręcił wchodząc w szprychy koła. Nastąpił więc obowiązkowy postój na naprawę awarii. Od tego momentu Wojtek zmuszony był jechać, wykorzystując tylko 6 z 9 przełożeń w rowerze. Pomału dojechaliśmy do Potuł, a dokładnie na Rancho przy Świerkach, gdzie czekała na nas obiecana herbatka. Moja przyjaciółka mocno się zdziwiła, gdy zobaczyła ekipę rowerowych wariatów podróżujących zimą. Zaśpiewawszy kolędę, wkupiliśmy się w łaski gospodarzy i zostaliśmy pięknie ugoszczeni. Próbując różnych smakołyków, m.in. pysznego smalcu z gęsi, tak się rozleniwiliśmy, że już nam się wracać nie chciało, a co poniektórzy zaczęli intensywnie myśleć o noclegu:) Zainteresowanych odsyłam przy okazji na stronkę:http://www.rancho.szymbark.pl/.

Kierując się z Szymbarka na Ostrzyce, padł pomysł by znów zaliczyć szczyt, ale jako, iż szczytować kilka razy w ciągu dnia niewskazane, daliśmy sobie spokój i pocieszyliśmy się wyciągiem narciarskim pokonując go dość nietypowo - na kołach. Zatrzymując się na krótką chwilę nad jednym z bardziej urokliwych jezior Pojezierza Kaszubskiego - Jeziorem Ostrzyckim, spenetrowaliśmy wraz z Markiem mapę, by ustalić jego dalszą podróż z Kasią. Zdecydowali się jednak pojechać z nami dalej szlakiem rowerowym przez Rokitki, do Ramleje, skąd drogami leśnymi i szutrami dotarliśmy do Kartuz. Tuż przed wjazdem do miasteczka, Paweł zdecydował się odłączyć i szlakiem niebieskim wrócić do Kolbud, miejsca swego zamieszkania. Natomiast reszta ekipy dotarła do najbliższego sklepu, gdzie zrobiła zakupy na dalszą drogę. W tym miejscu pożegnaliśmy Kasię i Marka, którzy rozpoczęli 3-dniową przygodę, kierując się na Kosy.

Nam pozostało już tylko pedałować, by w ciemnościach dojechać czym prędzej do domku. Chcąc ominąć główne drogi asfaltowe uderzyliśmy na Grzybno, skąd przecinając lasy i pola mieliśmy wyjechać w Kosowie. Dalej główną drogą z Przodkowa do Kczewa, gdzie skręcając w lewo wjechaliśmy na szutry prowadzące do Tokar i dalej do Warzenka. Jadąc wzdłuż Jeziora Tuchomskiego, dotarliśmy do ośrodka wypoczynkowego „Oleńka”, gdzie zrobiliśmy ostatnie wspólne zdjęcie. Stamtąd udaliśmy się do szosy, by zarówno bikerom z Gdyni, jak i z Gdańska było w miarę blisko do domku. Ja wraz z Januszem wskoczyliśmy na szosę by rozkręcić odpowiednie prędkości i jak najszybciej znaleźć się w domku, natomiast Adam, Flash i Wojtek pojechali szutrami przez Barniewice do Gdańska.

W taki sposób zakończyła się nasza wspólna świąteczna rowerowa przejażdżka na Wieżycę. Na liczniku wybiło 105km. Dziękuję Wam za udział w tej wyprawie, mam nadzieję, że miło spędziliście czas, ja osobiście bardzo dobrze się bawiłam i cieszę się, iż udało mi się wstać z ciepłego łóżeczka, by w tak doborowym towarzystwie przemierzyć świąteczny szlak.

Moje fotki:http://agniecha6.fotosik.pl/albumy/103944.html.
Adama foty:http://www.pg.gda.pl/
Pawła foty:http://paff2.fotosik.pl/albumy/103689.html.



Dodane 3 stycznia 2007, 13:51 przez Agniecha

adampiotrowski, 3 stycznia 2007, 23:28
no brawa dla pani kierowniczki, rajd, organizacja i relacja bardzo dobra. kiedy znow na wiezyce? bo dawno nie bylismy :D
Flash, 3 stycznia 2007, 23:52
Ja dziś chciałem pojechać po tym jak zaspałem na rajd z Markiem.... ostatecznie lenistwo wygrało :( ... a pojechać warto tylko z tego powodu, że jest tyle różnych mozliwości dojechania i podjechania...
Janusz, 4 stycznia 2007, 1:19
Świetna wycieczka, sympatyczna relacja, dzięki :) Janusz
wwp, 4 stycznia 2007, 13:43
delicje i pyszności świąteczne w każdym calu i w każdym kilometrze :) w tej serdecznej potulskiej gościnie i do tego świeże powietrze :) pardon widać mi Wieżyca szkodzi :)
Janusz, 9 stycznia 2009, 20:14
Agnieszka w relacji napisała: " Przez chwilę pojawił się nawet pomysł jechania na rowerze z rowerem na plecach, przypiętym do plecaka, co widać na zdjęciach. Tylko Marek mógł coś takiego wymyślić:) "
Małe sprostowanie po dwóch latach :) Marek zrealizował, a wymyślił ktoś inny i było to specjalnie dla Fransa przeznaczone :>
Przedwczoraj przy pętli tramwajowej w Oliwie Głównej, czyli Centralnej gdy zasypało śniegiem cały świat zobaczyłem ludka idącego z rowerem schowanym w plecaku tak samo jak to zrobił Marek !!! Ów malutkiego wzrostu bikerek szedł chodnikiem i . . . prowadził inny rowerek najczcigodniejszej marki. Po kilku krokach wszedł na jezdnię ul. Obrońców Westerplatte i . . . pojechał spokojnie znikając po na horyzoncie :)
Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę


Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość (6)