na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » Luźna wariacja nt. Wejherowskiego Szlaku Rowerowego, 7 lipca 2009



Pierwsza letnia pełnia księżyca nie mogła przeminąć niepozornie jak każdy inny
wieczór...

Zaczęło się niewinnie - pięknym słońcem tuż po kilkugodzinnej ulewie. Ale gdy tylko ruszyliśmy z Olkiem na kołach do Wejherowa, już na Chwarznie z gęstniejących chmur lunął deszcz, w mgnieniu oka wszystko przemokło do cna, a po krótkim piaszczystym odcinku napęd zaczął wydawać rozpaczliwe odgłosy rzężenia, które nie zniknęły aż do samego końca wycieczki. Szczęśliwi Ci, którzy wybrali Szybką Kolej Miejską!
Dodatkowo jazdę leśną trasą uprzyjemniał spory ruch samochodowy. Na szczęście tuż za Koleczkowem opad zelżał, droga się zrobiła pusta, a gdy do tego za Nowym Dworem zaczął się niekończący zjazd, życie stało się od razu piękniejsze.

W Wejherowie zameldowaliśmy się punkt 19, pod stacją czekała już całkiem zacna gromadka rowerzystów schowana pod wiatką (tak skrzętnie chowająca się przed nie padającym od kilku minut deszczem, że nawet nie dostrzegła roztaczającej się nad Wejherowem tęczy). Po chwili dołączyła Aneta, jedną ręką trzymając kierownicę, a drugą kontolując nie do końca trzymające się roweru blotniki. Te jakże niezbędne tego dnia akcesoria udało się szybko doprowadzić do porządku, za to ich właścicielka uświadomiła sobie, że zapomniała przyozdobić fryzurę kaskiem. Niestety żaden inny hełm nie pasował, a w stylu noszenia tego okrycia głowy zwany w niektórych kręgach "na WOJTa" zdecydowanie Anecie było nie do twarzy - więc postanowiliśmy rozpocząć wycieczkę od wizyty w Bolszewie. Tuż po ruszeniu okazało się, że Aneta, oprócz kasku, zapomniała również powietrza w tylnym kole, więc, pożyczywszy sprawne koło od Łukasza, do Bolszewa udała się samowtór w towarzystwie Adama - a reszta ekipy zabrała się za kolegialną naprawę flaka. Haha, wtedy jeszcze nikt się nie spodziewał, jak często przyjdzie to czynić tego wieczora!

Koniec końców, po kilkudziesięciu minutach udało się w końcu wyruszyć z Wejherowa. Najpierw, przez miasto, docieramy w okolice Kalwarii, gdzie niedaleko zaczyna się dość wesoły szlak rowerowy wiodący przez lasy i pola do Gdyni. Początkowo prowadzi malowniczą doliną potoczku, którego nazwy nie pomnę, aby wspiąć się na obrzeża pola golfowego pod Pętkowicami, a później śródleśnym asfaltem i piaszczystą drogą dociera do rezerwatu Lewice. Za rezerwatem szlak wije się wśród niesamowicie malowniczych kaszubskich krajobrazów - między pagórkami, jeziorami i niewielkimi kolonijnymi osadami, Opuszczamy go na rozdrożu w Ustarbowie, aby zjechać w głęboko wciętą dolinę Gościciny - która teraz będzie towarzyszyła nam przez wiele kilometrów. Za rzeką, nad którą stoją wyjątkowo nieurokliwe pozostałości po młynie, zaliczamy awarię nr 2 - piszącemu te słowa łańcuch nie wytrzymuje już totalnego usyfienia i po zgarnięciu potężnej porcji piasku na podjeździe kleszczy się i zrywa, gustownie oplatając się wkoło korby. Krótka przerwa i zaliczamy Dąbrówkę, skąd znów wracamy w dół do Gościciny, gdzie czeka nas mroczny, kamienisty podjazd znany niemal wszystkim z lęborskiego szlaku rowerowego. Szlakiem dojeżdżamy do Przetoczyna i dalej suniemy błotnistą drogą w górę płynącej tu w malowniczym leśnym przełomie Gościciny. Jeszcze tylko mozolny podjazd na krawędź doliny, stromy zjazd do klasztoru w Bukówku i tuż przed 22gą zjeżdżamy do tonącego w mgłach i resztkach promieni zachodzącego słońca Szemuda.

Rzutem na taśmę udało się zdążyć do zamykanego wkrótce baru, a w zasadzie pizzerni El Tomas (pozdrowienia dla mita za cynk o istnieniu w tym miejscu tak pożądanego przybytku :) Takich gości o takiej porze chyba nikt się tutaj nie spodziewał. Nie było problemu z krótkim przeciągnięciem godzin otwarcia, więc każdy zamówił sobie coś z całkiem bogatego menu lokalu plus porcję solidnej kawy - w końcu do domu jeszcze daleka droga... Po konsumpcji trzeba było (nie)stety ruszyć w dalszą drogę. Choć wieczór był ciepły, to wszechobecna wilgoć i perspektywa wsiadania na zroszone siodełko nie była zbyt przyjemna. Na dodatek okazało się, że powietrze z tylnego koła Anety znowu postanowiło oddalić się w bliżej nieokreślonym kierunku. I znów kolegialnie przystąpiliśmy do usunięcia usterki - w świetle chichoczącego sobie z nas pełnego księżyca, zwisającego sobie leniwie gdzieś nad szemudzkimi domostwami. Po dłuższych oględzinach, deliberacjach, snuciu hipotez i dyskusjach nad sposobem rozwiązania problemu (nie ma to jak gremialne łatanie dętki!) w końcu rower Anety został doprowadzony do pełnej sprawności (i nawet nie sprawiał już więcej problemów tej nocy), więc mogliśmy jechać dalej.

W Szemudzie tłumek ufopodobnych rowerzystów wzbudził zdrowy entuzjazm lokalnej społeczności dokonującej późnowieczornej konsumpcji przy głównej arterii tej gminnej metropolii, ale niestety zaraz po tym zjechaliśmy poza cywilizację i od tej pory kibicowała nam już tylko zwierzyna leśna (no i Łysy, tu i ówdzie przebijający się spośród chmur). Wbiliśmy się na leśny trakt, wiodący przez senną leśniczówkę Kamień, aby przed Koleczkowem zanurzyć się w niesamowicie gęstą mgłę, która towarzyszyła nam aż do samego Trójmiasta. Miejscami drogę ledwo było widać, na odległość góra kilku metrów. Czołówki stały się calkowicie bezużyteczne, ale za to było sporo zabawy, gdy nagle na drogę tuż pod koło wyskakiwały głębokie i szerokie kałuże. Tak oto w nieziemskiej wręcz scenerii dotarliśmy przez pola do Wiczlina, aby, już bez mgły, wjechać znów do TPK. Długo nie cieszyliśmy się bliskością domu, bo dętka Schwalbe Ultralite po raz kolejny sprawiła nam tej nocy psikusa - tym razem u Adama - i całą zabawę trzeba było zacząć ponownie. Zapasowe dętki z zaworem presta już się skończyły, więc pozostało tylko mozolne łatanie, co przy olbrzymiej wilgotności powietrza było rzeczą dość problematyczną (jak się później okazało). Po tej kolejnej przerwie udaliśmy się już tylko w dół wzdłuż Kaczej, wijącej się niezauważalnie tuż obok nas, do Redłowa.Po zjeździe do cywilizacji Adam znów odkrył dziwną miękkość w okolicach zadniej części roweru, szybkie dopompowanie nie pomogło i zmuszony był odbyć ostatnią część wycieczki, do najbliższego przystanku SKM, per pedes (całkiem niezłym tempem, trzeba mu to przyznać). Na Redłowie się rozstaliśmy, częśc składu rozjechała się pociągami w obydwie strony, część udała się do domu rowerem - mam nadzieję, że każdy kładł się do łóżka z poczuciem dobrze spędzonego wieczoru.

Następna pełnia już za niecały miesiąc!


Dodane 8 lipca 2009, 13:51 przez Wojtek

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika Łukasz

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika Wojtek


t.o.p.o.l., 8 lipca 2009, 5:54
Wypad na przysłowiową 6 kę !.

Wojtku,było klawo jak cholera !!
olek, 8 lipca 2009, 6:06
Na szóstkę? A ja myślałem,że na ósemkę.
mit, 8 lipca 2009, 7:11
No tak, jakbym nie znał Wojtka ;-)
W czasie gdy niespodzianka czekała na Was pod dębem na rozstajach niebieskiego rowerowego i czerwonego pod Wygodą szanowna wycieczka dzielnie walczyła w pizzerii Tomaso (o ile mnie pamięć nie myli). Ale mam nadzieję, że i tak Aneta nie wracała sama do domu :-)
Aneta, 8 lipca 2009, 7:29
Suprrrrrancko :-)
uuu.... mimo mego awaryjnego dnia, dziękuję Wam za cierpliwość i pomoc.
Wojtku bez Twej lampki byłoby kiepściutko, śliczne dzięki ;-)

Na szczęście nie towarzyszył naszej ósemce deszcze lecz tylko rześka mgła, piękny zachód słońca
too_tiki, 8 lipca 2009, 8:40
To był rajd pod znakiem syczących dętek i skrzypiących łańcuchów.
jj active, 8 lipca 2009, 9:47
To ja wczoraj też gumę złapałem:DDD
Do tego zaliczając mega błoto w którym to jak na złość zaczęło uchodzić powietrze. To nie koniec pecha mając w domu 20 dętek zamiennych zabrałem ze sobą akurat tą jedną z rowerowym wentylem do której nie mam pompki - znaczy pompkę mam ale nie chce jej pompować. Do domu pozostało 35 km więc wracałem pompując co kilometr przednie koło. To jeszcze nie koniec pecha gdyż pompkę trzymałem w kieszeni i jakimś cudem odkręciła się rączka od tłoka i wypadła gdzieś po drodze sam nie wiem gdzie. Zostało mi pół pompki ale jeszcze jakimś cudem można było przy odrobinie pomysłowości i użyciiu rękawiczki rowerowej jakoś pompować. Choć to bardziej przypominało syzyfową pracę jakoś udało mi się dojechać koło 22 do domu. Oczywiście opady mnie nie oszczędzały ..po drodze zaliczyłem 4 obfite burze. Teraz rower czeka na balkonie na kapitalny remont;)
jj active, 8 lipca 2009, 9:53
Tumił, 8 lipca 2009, 10:55
Zaje--fajny rajdzik! Cudnie ladna okolica - przynajmniej ta cześć do zmierzchu;-), później tylko rechot żab i chrzęst świetlikow...

A czy ktos widział dziś Adama?
Michał, 8 lipca 2009, 10:56
Niestety ominęła mnie kolejna wycieczka ze startem w mojej miejscowości. Z pracy wyszedłem wtedy, gdy śmigaliście już w okolice Gowina :(

Cóż, może kiedyś jak będę na kuroniówce to pokręcę z Wami w środku tygodnia :D
Dino, 8 lipca 2009, 18:35
rowerek na zdjeciach à la "Weź kilof i mnie rozkuj z tego błota" : D
no saint, 8 lipca 2009, 19:11
było relka ,jak widać na załączonych obrazkach oraz wypowiedziach uczestników jazda nocą bywa bardzo zarażliwa , ech takich chorób należy wszystkim zyczyć :):):) dziekuję Wszystkim za towarzystwo :):):)
Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę


Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość (3)