na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » W Bieszczady na jeden dzień edycja 1, 10 marca 2017

- ślad dodał Mxer





…no tak, każdy zwariowany pomysł ma swój początek, koniec a nawet historię. Ta zaczyna się nie tak dawno temu…..

Jakiemu bodzcu musi człowiek z nad morza poddać się by pojechać w Bieszczady na jeden dzień?
Okazuje się, że wcale nie tak znowu dużemu. Bodźcem w tym konkretnym przypadku była wiadomość otrzymana smsem. Jej treść to „…..szczady ?”. Tak rozpoczyna się nasza historia, której apogeum miało miejsce między 10 a 12 marca 2017 roku. Logistyka opracowana w parę dni, nocleg, dojazd, powrót.

Myśl przewodnia to czy uda nam się skończyć w piątek pracę, wejść na Tarnicę i wrócić do domu przed pracą w poniedziałek ?

Chapter I – podróż
W piątek dzień zacząć trzeba było wybitnie szybko, PolskiBus, autobus rejsowy z Gdańska do Rzeszowa rusza punktualnie o 14:45. Na dworcu zjawiliśmy się w sam raz. Zajeliśmy końcowy ciąg 5-ciu miejsc tak aby w nocy wygodnie się przespać.
Czas umilały nam telefony a kilometry po autostradzie w tempie 100km/h pomału uciekały. W Toruniu wysiadło pół autobusu i od tej pory był już luz. Dalej kolejno Łódź, Częstochowa, Katowice, Kraków i Rzeszów.
W Rzeszowie pomiędzy dworcami są jakieś 2km, ale po tylu godzinach na co prawda wygodnych, skórzanych fotelach spacer był miłym urozmaiceniem podróży. Był też sklep Społem, tam wciąż bardzo popularna marka, rondo nad jezdnią dla pieszych czy stary, pamiętający znakomicie czasy PRL-u dworzec PKS.

Kolejny autobus był tylko przejściowy, 30 min i czekała nas kolejna przesiadka, tym razem w kierunku Sanoka podwozi nas mały autobusik Autosanu.

W Sanoku kolejna przesiadka, już na klasyczną Arrive, czytaj 40 letni autobus trzymający się w kupie dzięki zaprzeczeniom praw fizyki :)

Chapter II – gdzie wojna tam i ofiary

Parę minut po 9-tej zameldowaliśmy się w Ustrzykach Górnych. „Osiedlowy” sklep Zakapiora, niezbędne do przeżycia zakupy (żelki i wódka) i udajemy się do naszej stancji. Przepak, śniadanie, 30min drzemka i przed południem uzbrojeni we wszystko ci mieliśmy do walki z mrozem i wiatrem ruszamy czerwonym szlakiem w kierunku Tarnicy.

Asfaltem do parkingu, dalej już lasem. Nieliczne grupki ludzi wyprzedzają nas i mijają na zejściu. Zaraz za mostkiem nad strumieniem Wołosaty zaczyna się podejście. Śnieg wykazuje się zbitością i umiarkowaną obfitością. Początek obiecujący, jedna kładka, druga kładka i pomału do góry. Wbicie kijka w śnieg informuje nas, że mamy około 30 – 50 cm śniegu pod nogami. Im wyżej w las, tym zaczyna go przybywać, ja zaczynam zapadać się w sposób przypadkowy do głębokości kolan. Jest to o tyle nie przyjemne, że wygrzebanie się z takiej dziury zazwyczaj kończyło się wpadnięciem drugiej nogi w podobną. Jest dosyć ciepło, dochodzimy do wiaty. Rzut oka na mapę, 40min drogi za nami a zegarowo 1,5h. To zapadanie się coraz częściej daje się we znaki. Łyk herbatki, 10 min postoju i ruszamy dalej. Mijamy małą polankę i za chwilę wychodzimy na połoninę. Wiatr wieje jak szalony, miota nami. Bardzo ciężko się idzie i wciąż co kilka kroków wpadam po kolana w zaspy.

Docieramy do szczytu 1240mnpm. Tam rozbijamy obóz. Stawiam GoPro na statywie długości 40cm, wiatr przewraca statyw, i drugi raz i trzeci. Dociążam go kijkami. Staramy się upajać pięknem przyrody ale ten porywisty wiatr zasłania nam kaptury, zwiewa obcisłe czapki. Przenikliwy chłód podkrada nam resztki sił. Zawracamy.

Zejście wcale nie idzie nam lepiej, oblodzone kamienie, ciągłe zapadanie się po kolana i zapadający zmrok przypominają że to jednak wymaga ćwiczeń fizycznych. Tym sposobem już po zmierzchu, koło godziny 19-tej jesteśmy w Ustrzykach Górnych.

Chapter III – powrót

Jedyną opcją na kolację o 19-tej w Ustrzykach była knajpa Pod Caryńską. Ugościła nas baraniną, dziczyzną i grzańcami. W domu pograliśmy chwilkę w karty i przed północą położyliśmy się spać.
Rano o 8:30 pobudka, śniadanko, herbatka i plecaki na plecy. Arrivą do Sanoku, potem do Krakowa by w końcu dojechać o 4-tej rano do domu. Autobus z Krakowa do Łodzi miał komplet pasażerów, o wylegiwaniu się i rozciąganiu nie było mowy.

Czy było warto? W Bieszczady zawsze jest warto pojechać, na jeden dzień chyba warto wziąć jednak auto, by czas spędzony w busie spędzić na spokojnymsen w łóżku. Nie wiem jak Wam, ale mi już się troszeczkę tęskni…. dziękuję że dotarliście w tej relacji na sam koniec. Zapraszam do kilku foteczek.


Dodane 15 marca 2017, 21:46 przez Mxer

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika Mxer


Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę

Najbliższe wycieczki




Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość (1)