na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » Gdy woda płynie to prąd się kręci, 20 lipca 2014



PROWIZORKA


... to stwierdzenie odzwierciedla naszą wycieczkę.


5:00 budzikom śmierć !!! ale co zrobić, trzeba wstać. Zjeść śniadanie, miało być porządne a wyszło jak zawsze, czyli 2 parówki, 2 bułki i 2 szklanki mineralnej. Ubrany, zwarty i gotowy zszedłem po rower. Dopomopowałem koła i nieodzownego od 2005r. Treka wyciągnąłem z piwnicy. 6:15 wymarsz.

Na dworcu PKP czekało już kilka osób, spodziewałem się według zapowiedzi 8 osób. Będzie sympatycznie.

Skąd nazwa PROWIZORKA ? Po wycieczce Maxa i znokałtowaniu mojego podstawowego rumaka wybrałem się w butach z blokami na rower z platformami. To najlepiej odzwierciedlało stan mojego przygotowania do dzisiejszej wycieczki... ale to nie koniec demolki, znane już od kilku wycieczek moje pokrętło w Garniaku poniekąd już sławne zostało gdzieś w Gniewie... albo nie wiem gdzie. Śladu do navi również nie wgrałem, a skala 1:750000 jaką omyłkowo ustaliłem nie dała się zmienić. Pomyślałem sobie <MAMY DOBRY START>.

Biletów na PKP przed 7:00 nie uświadczysz w kasie, więc ruszyliśmy do Żelaznego Konia. Było nas jak zakładałem 8em osób. Ubot pierwszy dziarsko ruszył po bilety dla wszystkich i przyniósł ich siedem. Roztargnienie ? No nic, poleciał po ósmy.

Ruszyliśmy, rozpogadzało się po porannej mżawce a uczestników co chwila przybywało. Na miejscu startu było nas 13 sztuk.

Leniwie z dworca PKP Lębork ruszyliśmy ku najbliższemu sklepowi, czyli ABCcośtam. Wody dziś okazało się że wiele nam będzie potrzeba. Ulicami 1 Armii Wojska Polskiego oraz Słupska dostaliśmy się w okolicach lasu przy stacji benzynowej. Na światłach wjechaliśmy w osiedla leśne i od tej pory trzymaliśmy się już szlaku zielonego.

Pierwsza górka miała być na rozgrzewkę... a była na puszczenie pawia :) długa, kręta i ciasna. Gdzie nie gdzie piaszczysta i obfitująca w latające robactwo. Wjazd, wejście na nią zajęło mi dobre naście minut, inni w tym czasie chwalili się że wjechali. Chciał bym to zobaczyć.

Pierwszy etap szlaku zielonego był dość specyficzny. Pieszy. Zdecydowanie pieszy. Grupa co chwile mi uciekała, single traki, wiecznie pod górkę albo w korycie po strumyku w dół co by się nie rozpędzić za bardzo. W zasadzie aż do Świętopełka droga nie uległa poprawie. Czyli góra -> dół -> góra -> dół i na zmianę albo chaszcze albo kamienie.
Po ścieżce przyrody z wspomnianym dębem udaliśmy się dalej zielony w kierunki na Czarną Dąbrówkę. Mijając co chwilkę piękne widoczki, jeziorka jechało się znośnie w porywach znośnie ciężko. Temperatura dochodziła już do 30 stopni, słońce prażyło a każdy napotkany sklep był naszym wodopojem.

Po kolejnym dramatycznym dla mnie podjeździe wyskakujemy na asfalt do Czarnej. Przeżywam tu maksymalny kryzys. Gorąco, zaczynają mnie łapać skurcze łydek, do tego co chwile opadające siodełko doprowadzają mnie do granic wytrzymałości fizycznej i psychicznej. 32km a ja jestem wycieńczony i zdołowany. Tylko dzięki grupie i zapewnieniom (po raz kolejny) że już takiego podjazdu nie będzie trwam w swej agonii. Kilka zakrętów po asfalcie i znowu uphill. No nie... morduję się z nim chwilkę, wszyscy mnie wyprzedzili.

Tym sposobem dojeżdżamy do Czarnej Dąbrówki. Ala z koleżanką podejmują decyzje o skrócie trasy, muszą zdążyć na zaplanowany pociąg, my na niego nie zdążymy. Trochę asfaltem Sławek prowadzi nas przez znane sobie rejony. Zjeżdżając z asfaltu mamy mieć leśna dróżkę. Niespodzianka, czeka nas szeroka na cztery pasy szutostrada w lesie. Nie ma drzew, słońce prosto w pysk i oczywiście POD GÓRKĘ !!! i to nie byle jaką. Nawet Łukaszowi zaczęło na niej przygasać światło i odcięcie od prądu się pojawiać. Masakra. Kawałek się cofam, szukam w czarnej skrzynce Ubota jakiegoś wytłumaczenia że to zła droga, że to nie tędy.... ale nic nie pomaga. Trzeba się wspiąć. Po kilku minutach szybki oddech stabilizuje się, podejmuję decyzję o podjechaniu. Wsiadam. Jadę może 3, może 5 minut, z przodu młynek z tyło środkowa... 6 - 8 km/h a górki nie ubywa. Znowu kryzys a na horyzoncie tylko zakręt. Wciąż pod górkę. Schodzę, ledwo idę... a wzniesienie znowu nabiera nachylenia. Słońce praży bez litości... mijają kolejne minuty podejścia... kończy się szutostrada, wzniesienie zdaje się na końcu prostować. Nic z tego, to tylko cień. Wciąż jest pod górkę i to tak stromą że nie mam szans pedałować, idę dalej.... w końcu koniec musi gdzieś być, i jest. Droga się prostuje, można wsiąść, podjechać. Jest zakręt a za nim płasko... płasko ale kocie łby... na tyle nierówne że az du^^a boli. Auto z naprzeciwka, trzeba się do pokrzyw przytulić, ałć !

Koszmar.

W końcu Kotowo. Wszyscy sielanka tylko ja coś majaczę że obiecali już bez podjazdów a to co ? Czas nieubłaganie mija. Zagrożony staje się termin odjazdu 20:14. Podejmujemy decyzję że ominiemy Smocze Jajo.

Ruszamy. Z Kotowa do Motarzyna asfaltem, oczywiście POD GÓRKĘ bo jak mogło by być inaczej. W Motarzynie sklep=zbawienie. W środku może 20 stopni, może mniej. Klima. Lody wciągamy że hoho. Z lodówek nikną zimne napoje. W ruch idą żelki, słodycze i inne co kto lubi. Mija z pół godziny. Wychodzimy na słońce. Na koń i po 2 min jesteśmy przy kościele, za którym to znaleźć można drogowskaz ''do pomnika przyrody 1km''. Wysyłamy ''czujki'' z aparatem, co by uwieczniły tą ''Lipę w kształcie okrętu''. Na zdjęciach też jej znaleźć nie mogę.

Dalej asfaltem do Niemczewa, skręcamy w polną drogę, w las i do Konradowa po 10 min dojeżdżamy. Po drodze nie obyło się bez zmarszczki.

Docieramy do Elektrowni Strzegomino. Foto sesje, pytania do obsługi i kawunia. Dla mnie upragniona.
Co do minuty 17:05 wyruszamy w dalszą drogę. Zaraz po przekroczeniu Słupi odbijamy w lewo, korzenie i ostatnia dziś piaszczysta zmarszczka. Potem żółtym szlakiem do asfaltu a nim do Dębnicy Kaszubskiej. Ten kawałek miło się jechało, jako drugi w peletonie siedziałem Sławkowi na kole. 50cm. Utrzymywał stabilne 27 - 28 km/h z wiatrem, było super.

Upragniony Kebab w Dębnicy zamknięty. Czułem wzrok-lincz na sobie. Sytuacje uratowała miejscowa Daglezja, sklep spożywczy serwujący zapiekanki. 50cm. przygotowane ze świeżej, niemrożonej bułki, z domieszką sera, cebuli i pieczarek. Na wszystko sos i 3zł przy kasie. WYPAS.

Objedzeni po uszy i ubożsi o kolejne 30 minut mając zaledwie 1.5h i około 20km przed sobą niepewny krokiem obieramy kierunek LAS.

Sławek prowadzi nas na szlak niebieski, tym razem rowerowy biegnący po nasypach kolejowych. Droga jest wyjątkowo równa, górki i dolinki są po bokach, my zaś na nasypie. Jedziemy szybko i równo, km same się nabijają, zapiekanka zaczyna działać. Od okolic Krępy Słupskiej rozwijamy zawrotne prędkości, jak dopadamy ścieżki rowerowej która to raz po prawej raz po lewej stronie szosy została poprowadzone prędkości zaczynają być niedorzeczne. Gubimy połowę grupy. Jest w niej Sławek, tubylec, wiec doprowadzi swoją gromadkę do dworca. My główna drogą jedziemy na PKP. Tuż przed dworce obie grupki znowu łączą się, wiec wspólnie zajeżdżamy na miejsce oficjalnego zakończenia wycieczki. Żyjemy i mamy jeszcze dobre 40min do odjazdu pociągu.

Chciał bym tutaj bardzo, bardzo podziękować Sławkowi za pomoc w nawigacji i prowadzeniu grupy.
Grupę z kolei przeprosić za moje zamulanie, to był mój najlepszy dzień. Wszystkim Wam razem i każdemu z osobna podziękować za wkład w wycieczkę, wiedzę o terenach, miejscach którymi nas na przemian obdarowywaliście. No i przede wszystkim za niezapomnianą niedziele. Wszystkim również gratuluję kondycji. 1500m w górę i 1600 w dół. 3100m przewyższeń to nie byle co ! Jackowi dodatkowy szacun, bo cały tydzień zamknął wynikiem +700km.

I mógł bym tak słodzić i słodzi... a tu trzeba jeździć !

Do następnego razu. Organizator.


Dodane 22 lipca 2014, 22:25 przez Mxer

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika Łukasz

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika Jacko


Jacko, 21 lipca 2014, 15:47
Dzięki za sympatycznie spędzoną niedzielę, bardzo miłe towarzystwo i możliwość zwiedzenia elektrowni :) Przepraszam też za lekkie zamulanie, ale czasami tak bywa ;p

endo:
https://www.endomondo.com/workouts/376433746/1124056...

fb:
https://www.facebook.com/media/set/?set=a.7724371728...

https://www.facebook.com/groups/150325198337283
ubot, 21 lipca 2014, 19:43
I ja przylacze sie do podzieekowan, a choc trasa, przynajmniej do polowy nie byla lajcikiem, a nawet, lajtem, to musze przyznac ze okolicznosci przyrody, ze uzyje oklepanego juz zwrotu, wynagrodzily mi wszelkie niedostatki, nawet te kondycyjne... A propos, Seba nie badz taki skromny, po przejechaniu prawie polowy Polski, to "zamulanie'', to calkiem zrozumiala konsekwencja. Wszystkim bardzo dziekuje za towarzystwo, rodzinie organizatora za przyjecie nas i ugoszczenie kawa i herbata, a organizatorowi za swietny pomysl...
Mxer, 22 lipca 2014, 16:34
organizator dziś napisze relacje :)

Swoją droga... choć miałem ze 30 kryzysów... i 20 razy chciałem zawrócić.... to dzięki Wam dojechałem do celu.

Jacko jest niezmordowany, dziewczyny wiecznie niedokręcone, a panowie zawsze dżentelmenami.

Było nieprzeciętnie "łatwo i płasko", ale razem stanęliśmy na wysokości tego zadania. :)
Mxer, 22 lipca 2014, 22:25
Jacko, zmnontowałem, miłego czytania, przepraszam za ortki i gramtyke :)
blobar, 22 lipca 2014, 23:15
Także przyłączam się do podziękowań. Co do trasy, to z wyjatkiem odcinka do dębu, to nie była taka straszna jak nam tu ją Mxer przedstawił. W porównaniu do pierwszych 15-20km to dalsza część to był już lajcik ;-)
Nie wiem chopaki jak to zrobiliście ale ja przejechałam tylko 97,5-98km (wg navime i wg licznika) wiec musiałam kilka razy blok okrążyć by dobić do setki. Tłumaczę to tym że obrałam bardziej optymalny tor jazdy.
Ps jako że wycieczka bez kapcia obyć sie nie może meduję, że w pon. rano zastałam kapcia w tylnim kole. Malutki odłamek szkła wbił się w oponę i przeszorował moją pancerną dentkę za 10zl z marketu.
Ps 2 Mixer dementuję pogloski o lekkości mojego roweru, gdyż zostało sprawdzone, iż waży on tyle co normalny, budżetowy aluminiak czyli 12,2kg
Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę


Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość (1)