na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » Warmińskie kąpiele, 29 czerwca 2014


Trasa wycieczki:
Iława Jez. Jasne/Kociołek Polajny Zalewo Morąg Kretowiny Świątki Dobre Miasto Las Wichrowski Jeziorany Jez. Luterskie Lutry Reszel Św. Lipka Kętrzyn Jez. Mój Wilczy Szaniec Mazurolandia Pilwa Radzieje Sztynort Przesmyk Kirsajty/Dargin Mamerki Śluza Leśniewo Radzieje Mażany Parcz Kwiedzina Nakomiady Boże Wyszembork Mrągowo Biskupiec Barczewo Barczewko Jez. Wadąg Olsztyn

W deszczu i słońcu, czyli pierwsza wyprawa sakwiarska Karola z tatą

Wszystko zaczęło się pechowo. Dworzec Gdańsk Wrzeszcz piąta rano. „Pociąg do Iławy Głownej wjedzie na tor 502 przy peronie SKM”.
Zdążamy i po chwili wysiadamy w Gdańsku Głównym gdzie pociąg skończył bieg. Ten do Iławy minął nas i parę innych osób też. Po prawie godzinie jedziemy do Malborka, lecimy przez tunel i po schodach, ktoś pomaga mi wnieść Karola rower na peron. Uff, zdążyliśmy.
Z Iławy ruszamy na niebieski szlak, mokrymi i parującymi od deszczu lasami. Błoto daje się we znaki, czasem asfalcik, ale znajdujemy lepszą drogę poza szlakiem i wylatujemy przy poletku poziomkowym na asfalt. Zaraz Siemiany, widoczek na jezioro z tarasu za sklepem gdzie odpoczywamy. Robi się pogoda, kąpiel być musi.
Nie można w Jez. Jasne, bo rezerwat i zakaz kąpieli. Miejscowi rowerzyści radzą odnaleźć Jez. Kociołek i okazuje się to strzałem w 10. Jest mała plaża, czyściutka woda i nikogo poza nami.
Asfalt do Jerzwałdu a na nim chyba pięć przejechanych żmij. Oglądamy dom Pana Nienackiego, Karol ma przy sobie jedną książkę w telefonie. Dom już najwyraźniej należy do kogoś chyba nie z rodziny, jest przebudowywany, wszak autor nie żyje od 20 lat. Odwiedzamy też cmentarz i grób pisarza.
W Matytach w Przystani jemy pyszne, acz zaskakująco drogie (24 zł) pierogi domowej roboty i zaczynamy szukać Polajnów, gdzie mamy nocować. Na asfalcie w Matytach przed Karolem ucieka w krzaki około 90 cm żmija. Nie zazdroszczę wczasowiczom z dziećmi.
Idzie na deszcz, trochę błądzimy, musimy się cofnąć, wreszcie znajdujemy opuszczone chyba gospodarstwo i przedzieramy się przez chaszcze które są wyższe czasem od Karola w poszukiwaniu miejscówki. Jest malutka plaża i łąka zarośnięta, ale do udeptania.
Pada gdy rozbijamy namiot, pada właściwie całą noc. Kolacja i śniadanie w namiocie, przez mokre zarośla turlamy rowery, jesteśmy brudni i przemoczeni. Przestaje padać i przebieramy się.
Decydujemy się nie jechać przez Tardę, tak miało być pierwotnie, bo pogoda słaba na błotne jazdy po lasach. Zamiast jedziemy pustymi asfaltami przez Zalewo, Małdyty do Morąga. Tu pyszna pizza i znów pada. Na szczęście my pod parasolami i rowery też. Miła pani w informacji turystycznej drukuje nam adresy campingów, miasteczko nie robi jednak super wrażenia, więc szybko je opuszczamy. Jedziemy do Kretowin, to tylko 8 km.
W Kretowinach pada i decydujemy się na domek zamiast namiotu za 35 zł od osoby w jednym ze sprzedawanych ośrodków. Tu większość nieruchomości jest na sprzedaż, a jezioro piękne nawet w deszczu. Gdy przestaje padać, mamy już w domku grzejnik do suszenia butów i namiotu i idziemy na spacer wokół opustoszałego półwyspu. Spotykamy jedną kąpiącą się rodzinę Desperados i może jeszcze jedną pijącą drinki pod domkiem. Pusto w tak pięknym miejscu, wszędzie bannery „Nieruchomości NARIE sprzedam….”
Rano słońce śmieje się i mimo zimnej wody używamy kąpieli. To ma być tylko 57 km do Jezioran, a prognozy są optymistyczne. Do Świątek nie pada, pod sklepem krótki deszcz i jedziemy do Dobrego Miasta. Po zakupach odnajdujemy mapę w lesie i szlaki Lasu Wichrowskiego. Ależ tu pięknie. Drogi przygotowane, informacje o atrakcjach, nad dwoma jeziorami stanowiska do robienia ogniska, śmietniki i czysto, poza nami tylko jeden rowerzysta z dzieckiem.
Nad drugim, większym jeziorkiem robimy długi postój kiełbaskowy, jest pomost, wiaty, ławki i parking dla rowerów. Kilku młodych ludzi przyjeżdża na rowerach, rodzina samochodem… Cisza i spokój.
Ha, skoro tak pięknie to wszystko przygotowane przez Nadleśnictwo Wichrowo, to wyjedziemy z tych lasów prosto na dworek Gajlity nad Jez. Blanka. Akurat, niedoczekanie nasze!
Jedziemy według dokładnej mapy, a dróg więcej niż na papierze! Jest dziko i coś za daleko. Las nie chce się kończyć. Piach, drogi rozjeżdżone przez ciężki sprzęt, gorąco. Wydaje mi się, że jeśli skręcimy w prawo, zaraz wyjedziemy z lasu, ale jedna droga okazuje się kierować ostro w dół i jest nieprzejezdna z powodu powalonych drzew. Dalej widać nie ma po co, bagna. Druga, z początku twarda żwirówka, która według mapy powinna prowadzić przez małą rzeczkę okazuje się też ślepa. Rzeczka, pokrzywy i głęboko na ponad metr. Powrót nam jednak nie w smak, zwłaszcza że po drugiej stronie nie ma wreszcie lasu. W zaroślach znajdujemy węższe miejsce i przerzucony tylko jeden kij. Decyduję się zbudować mostek, Karol nic nie mówi, gdy szukamy w pokrzywach innych kijów i drągów. Jeden z nich wkładam w ciemną toń i wiem, że głęboko. Karolowi mówię, że po pas, ale wydaje się po klatkę. Moją, nie jego.
Przerzucam sakwy, aparaty foto, namiot na drugą stronę. Kładka wydaje się być stabilna, czytelnik może ją zobaczyć na jednym ze zdjęć, zrobionym po naszym przejściu. A my?
Idę pierwszy ze swoim rowerem. CDN…

Powoli, małymi ostrożnymi krokami. Rower mam na wąskiej kłodzie, śliskiej i omszałej na tyle, że nie chcę postawić na niej nogi. Skrzypią dwa inne, cieńsze patyki. Uff, udało się. Wracam po Karola. Powoli, spokojnie, nagle prask i ląduję jedną nogą po pas w wodzie, podciągam się rękami na innej żerdzi i nie wpadam cały. Karolowi nie do śmiechu, kręci się nerwowo i widać, że nie chce się tu kąpać.
Znajdujemy jeszcze jeden kij w gęstych pokrzywach, ten okazuje się wytrzymalszy. Przeszedłem z rowerem, teraz trzymam go za kierownicę, a Karol za siodełko i tak powoli przeciągam go na właściwą stronę. Suchą stopą przedostał się, za to jest pogryziony przez komary i poparzony pokrzywami. Jeszcze pchamy rowery ostro pod górę, już widać chałupy, coś jakby dworek Gajlity. Hurra udało się?
„To Orzechowo Kolonia, do szosy 2 km i w lewo na Jeziorany.” Mówi serdeczna, przygarbiona staruszka zza płotu. Patrzę na mapę i oczom nie wierzę. W lesie byliśmy około 2km w prawo od zakładanej trasy, stąd wylądowaliśmy na szosie sporo niżej na południe od Gajlitów i teraz nie ma już sensu tam jechać. Mamy o dobre 15 km do nadrobienia, a robi się późno, jesteśmy zmęczeni a echo w bidonach daje znać coraz bardziej.
Jeziorany to nic szczególnego, poza olbrzymimi okazami Barszczu Sosnkowskiego ciągnącymi się na całych hektarach, nawet w lesie. Za to jez. Luterskie to bajka. Tafla spokojna, piękny zachód słońca, łąka, ogromny pomost i nawet ławeczka wokół starego drzewa. Miejscówka ideał. No, gdyby nie więzienie Kikuty za płotem. Aresztanci chodzą wzdłuż płotu od czasu do czasu, widać zainteresowanie naszym obozem, ale takie skryte. Mogliby do nas przejść, płot nie sięga do wody i da się stąd zwiać…
Po spokojnej nocy, pięknym wschodzie słońca, sikundzie o 4.20 i śniadaniu na pomoście ruszamy dalej. Asfalty puste, słońce, raz w górę, raz w dół i tak do Reszla. Akurat krótki deszcz na dojeździe, ale pod drzewem jest sucho. Zwiedzamy zamek, ładną starówkę, jemy smacznie Pod Warkoczem, kupuję trampki za 43zł, takie same jak te na „C” z gwiazdką i dalej na Św Lipkę. Ulewa zaczyna się, gdy jesteśmy po zwiedzaniu Świątyni, taka że po 15 minutach ulice płyną wartkimi strumieniami. Czekamy jeszcze trochę by wyschło. Do Kętrzyna pusty prawie asfalt. Tu udaje się kupić dokładną, brakującą mapę, słońce ciepłe na zmianę z krótkimi deszczami, ale mamy szczęście do miejsc, gdzie się chowamy.
Już blisko do Wilczego Szańca. Jedziemy wzdłuż zarośniętych torów, widać gdzie była kiedyś spora stacja dla niemieckich wojsk, gdzie stare mosty i budynki. Szukamy jednak noclegu. Nagle jest, „Agro Bonsai” – ależ egzotyka! Jedziemy przy znaku w lewo, ale nic nie ma. Skończyła się wieś, w oddali po prawej mamy jez. Mój, a przed nami błoto i jakieś chałupy. Może to tam, tak na uboczu i nie nad wodą?
Tam to nie jest, zamknięte i tylko piesek sobie biega. Do następnego gospodarstwa znów nie tak blisko, ale tu typowy Mazur o ciemnych rysach i krzaczastych brwiach mówi nam, że Bonsai to był dawno we wsi. Minęliśmy i całe szczęście. Nam chodzi o jezioro, a nie gdaczące kury i aromaty z kompostu. Wiemy od Mazura, że dalej jest stara leśniczówka nad jeziorem, po drugiej stronie.
Tam okazuje się, że jest mała plaża tylko dla gości gospodarza, a on proponuje nam rozbicie w swoim ogrodzie, gdzie ma gości przy ognisku. Dziękujemy i szukamy na dzikuska. Udaje się, jest pusta plaża, wokół podmokły las, ale łąka fajna, skoszona i szybko schnie. Jezioro ma dziwną barwę wody, nie widać dna, mimo że płytko, i rezygnujemy z kąpieli. Idziemy spać, jutro sporo zwiedzania przed nami, mamy wszak tylko 3 km do Gierłoży.
Rano jedziemy przez te bagniste lasy szlakiem rowerowym po twardym. Jesteśmy jednymi z pierwszych gości. Wjeżdżamy na rowerach, biletów brak, bądź tylko dla zmotoryzowanych. Wilczy Szaniec ma 2 strefy, zwiedzamy tylko pierwszą, tą najlepiej oznaczoną. Brak tu jednak opisów bunkrów, a kiedyś były tablice informacyjne. Są za to komercyjne przejazdy wozem bojowym, czy VW cabrio, takim, jak jeździł Kloss. Nie korzystamy i po objechaniu całego czerwonego szlaku rowerami jedziemy kawałek do Mazurolandii koło Parcza. Tu Karol zwiedza park miniatur, a ja wszystko widzę zza banerów. Jest jeszcze jakiś mini skansen i strzelnica. Dla każdego małego, coś fajnego…
Chcemy jechać nad Wielkimi Jeziorami do Mamerek. Krajobrazy cudne, pagórki, bruk i szutry, zakręty i proste, ptactwo i inne zwierzaki po drodze. Za jeziorem Dobskim łapie nas z zaskoczenia ulewa. Po 10 min pod drzewami decydujemy się pokręcić do Sztynortu, bo i tak jesteśmy mokrzy, nie zdążyliśmy założyć kurtek.
Sztynort i pojawia się słońce. W dużej tawernie po ciepłej herbacie jest fajnie, pizza też niezła. Lecą fajne szanty, nawet moja ulubiona „Kto mnie weźmie na łódkę”. Pamiętam te miejsca z obozu żeglarskiego 10 lat temu, ale się zmieniło na lepsze. Potem ten cudny przesmyk na moście między Darginem i Kirsajtami, jest jak na landszafcie.
Już nie będzie padać, piękną miejscówkę mam nad Mamrami, więc szybko tam dokręcamy. Jeszcze zwiedzamy kompleks Mamerki, też się dużo zmieniło na lepsze, choć tu za atrakcje się płaci. Fajnie to wymyślili, szczególnie że w bunkrach zgromadzili sporo ciekawostek, nie tylko dla pasjonatów historii.
Wieczorem na campingu jest głośno. Brać żeglarska i szkolone dzieciaki robią dwa ogniska. Łąka na tyle wielka, by sobie nie przeszkadzać. Nie wiem, kto gra u młodziaków ale u nas jest SZANTOWO że hej, bo gra pół składu Nierobbers:

https://www.youtube.com/watch?v=Xp6byUsS7UQ

i na Fejsie:

https://pl-pl.facebook.com/pages/The-Nierobbers/195289430648736

Dwóch Gentelmanów gra tak, że łza się kręci w oku. A jak śpiewają, nawet piekarz- emigrant z Leeds jest wzruszony. Trunki przy ognisku krążą, gwiazdy i księżyc się uśmiechają, a fale cichutko szumią do taktu. Szkoda, że tak krótko, przyjedziemy na więcej na pewno! Wasze kawałki są zajefajne!
Rano Sluza Leśniewo bez sakw. Znaleźliśmy tylko górną część, niestety nic ciekawego, a kawałek niżej była ta śluza z gapą:

http://mazury.info.pl/atrakcje/kanal-mazurski/sluza-lesniewo-6.jpg

ale myśmy jej zwyczajnie nie znaleźli, z braku informacji. Wielka szkoda…
Wracamy na szlak, tym razem odbijamy od jezior i kręcimy w stronę jeziora Salęt Wlk. Koło Wyszemborku. Dojeżdżamy po stromych zjazdach i podjazdach dość wcześnie, Karol już niesamowicie rozjeżdżony. Kąpiele i leniuchowanie nad jeziorem, dopiero pod wieczór rozbijamy obóz.
Wieczorne rozmowy na pomoście z miejscowymi wędkarzami o rybach i życiu przy Truskawce Mocnej…
Rano wcześnie meldujemy się w Mrągowie na molo. Większość ludzi o 9.00 jest pijana na bulwarze, czasem ciężko ich minąć rowerem z sakwami. Wyjazd po zdjęciach na dalsze kąpiele. Jazda głównie drogami technicznymi wzdłuż drogi E16 na Olsztyn. Zbudowano nową trasę, jeszcze trwa budowa pod Biskupcem, tam trzeba się nakombinować jak jechać. Przerwa na kąpiel w jez. Gielądzkim, przez które płynie Krutynia tak wąska i czysta, że trudno uwierzyć, że to ta sama, co koło Ukty.
W Biskupcu po dobrej pizzy ( 2x po 40 cm), jedziemy fajną ścieżką rowerową nad jez. Dadaj na plażę na kąpiel. Znów asfalty techniczne, w górę i w dół do Barczewa. Tu zakupy i obserwacja lokalnej ludności. Połowa co najmniej wygląda, jakby ich właśnie wypuszczono na przepustki z poprawczaka lub więzienia, najcięższego w Polsce, a „mistrzów” dziarania musi tu być cała zgraja. Nawet dzieci po 14 lat mają tatuaże. Dlatego szybko spadamy szukać ostatniego noclegu nad jez. Wadąg.
Skoro to przy samym Olsztynie, to powinno być do wyboru, do koloru. Okazuje się, że jest odwrotnie. Zamiast plaż i campingów, bagna i kompletnie zarośnięte drogi. Tracimy godzinę szukając bezskutecznie w miejscu, gdzie wpada Pisa. Za namową rowerzystki lokalnej jedziemy w prawo za Barczewko i tu mnie nos nie myli. Jest piękna plaża, dwójka wędkarzy, którzy się zwijają i jakiś podejrzany gość bez wędki. Nie ma dojazdu samochodem, droga za wąska.
Gdy wędkarze sobie poszli, podejrzany gość mówi:
„Tym znakiem ‘teren prywatny wstęp wzbroniony’ się nie przejmujcie i się rozbijajcie. Facet mieszka w Holandii, a tu jest zawsze cicho i bezpiecznie.”
Tak też robimy, ale facet siedzi dalej. Okazuje się być na krótkim urlopie w Polsce. Jest pasjonatem przyrody i wędkarzem, więc rozmawiamy do zmroku o świecie otaczającym i dzikim i tym politycznym, jeszcze dzikszym. Żegnamy się jak starzy znajomi. Nad Wadągiem można zobaczyć Bieliki, w wodzie żyją sumy i nie ma żadnych ścieżek wokół jeziora, co widać nawet z naszej plaży. To szoook, bo widać też maszty od komórek i inne wysokie maszty w mieście. Tu można spotkać w lesie wilka czy jelenia.
Rano lekko nam moczy namiot krótki deszczyk i 8 km do Olsztyna mija szybko. Jeszcze tachanie rowerów po stromych schodach na Dworcu Zachodnim, jeszcze objazd pustej o tej porze starówki, jeszcze naturalne lody Kroczek, nigdy takich nie jedliśmy. Serio LODY NA MEDAL.
Pociąg Intercity wygodny, punktualny za 75 zł bilety, w tym ulgowy i o 13.30 meldujemy się u babci w Gdańsku na pyszne pierogi z truskawkami.
PS 1 dla Mxera: Jazda bez GPS, więc tracka nie ma ,ale odtwórzę Ci wszystkie miejscowści na maila.
PS 2 dla JJ Active: Opis jest długi i szczegółowy, bo sprawia mi radość pisanie o rzeczach pięknych.
PS 3 dla sprzęciarzy: Jedyną awarią był urwany nit w sakwie MSX. Smar Dry LUBE firmy Muc Off nie sprawdza się w zmiennych warunkach. Trzeba smarować a nawet odtłuszczać łańcuch praktycznie codziennie.
PS 4 dla tych, co nie wiedzą, czy dziecko da radę jeżdżąc z sakwami: Karol ma 12 lat i pierwszy raz jeździł z sakwami, dużymi i szerokimi. Do tej pory jeden raz przejechał 50 km w jeden dzień. Po 130 km w Świątkach drugiego dnia wiedział dokładnie, jak nie przewrócić roweru, gdzie postawić go na nóżce, by nie upadł i jak kręcić pod górki, by się mało zmęczyć. I chce więcej! Polecam.
PS 5 dla statystyków: Przejechaliśmy 470 km w tydzień, rekord dnia to 90 km. Najwyższa prędkość 55 km/h najniższa 5 km/h, średnia 14,7.




Dodane 8 lipca 2014, 07:08 przez Super Mario

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika Super Mario


kajas, 8 lipca 2014, 9:43
Z wszystkich moich wypraw najmilej wspominam podróż z moim synem. Choć lata minęły, często wracamy przy piwku do tamtego czasu. Bo to nie tylko uroki przyrody, przygoda ale także budowanie więzi, autorytetu i poznanie sztuki rozumienia się bez słów.

Piękna wycieczka :-) Karol, od wujka kajasa dla Ciebie - pełne poszanowanie i podziw !!
Super Mario, 8 lipca 2014, 14:55
Dziękuję Ci Wujku Kajasie, że zaraziłeś mojego tatę turystyką rowerową i mogę teraz ja ją uprawiać. Dużo mi opowiadał po drodze o Tobie. Może następnym razem pojedziesz z nami?
Pozdrawiam
Karol
yas, 8 lipca 2014, 19:56
Bardzo ładna relacja, Marcin !
Kolejnych równie udanych wypraw życzę Wam wszystkim:)
t.o.p.o.l., 9 lipca 2014, 16:01
Choć sakwiarski nie jestem,lecz syna Karola tez mam. :) i lubi,rower /choś górki go strasznie wnerwiają/... za jakiś czas Kajas,Marcin,czas na mnie.
t.o.p.o.l., 9 lipca 2014, 16:05
... kiedyś pizdnął / Karol/ na dzień dybry,bez żadnego przygotowania ponad 40km.Potem,żałowałem,bo mogłem go zniechęcić.Lecz nic z tego.Po powrocie zajeźdzał gre rowerową na tablecie :)
Super Mario, 9 lipca 2014, 17:00
Dobrym sposobem motywującym do jazdy pod górki jest idea, że potem zawsze jest z góry i to na ogół do jeziora, gdzie się kąpiemy. Pomaga dziecku też wytłumaczenie, że jeśli jest pod górę, to kiedyś zawsze będzie z góry, mapa, na której można wskazać, ile km się przejechało i ile zostało... ale nie ma co przesadzać na początku. Jeszcze jedno; gwarancją sukcesu jest wybranie (fuksem najczęściej) dobrych miejscówek nad wodą, a nie w szczerym polu czy lesie z bagnami i komarami.
Powodzenia Karolu Topoliński:-)
Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę

Najbliższe wycieczki




Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość (1)