na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » Na wschodnią granicę, 10 sierpnia 2013



Lublin – Białystok, wyprawa za jeden uśmiech
Jeszcze słonko ciepłe i wiatr muskający rozgrzane poliki czuję, jeszcze łaskoczą stopy od stepowych, ciepłolubnych traw, jeszcze słyszę łopot skrzydeł boćków, jeszcze…

Ach, ileż wrażeń dostarcza zmysłom taka podróż do krainy, gdzie czas płynie wolniej, gdzie zapachy natury otumaniają i uwodzą swoją oryginalnością, gdzie ludzie darzą uśmiechem, zainteresowaniem bliźnimi, ich podróżą i zaskakują ciekawością świata, jedzenie i picie smakuje odmiennie a przyroda i historia sprawiają niespodzianki niemal za każdym zakrętem. Tam po prostu nie da się jechać szybko, a i tak nie można zobaczyć wielu ciekawostek z braku czasu i trzeba tam wrócić… niedługo. Tam jesteś jak Easy Rider, cieszy każda chwila i każde spotkanie.

Od Lublina jechaliśmy szlakiem w stronę Woli Uhruskiej, czerwonym, bo na wschód, a jakże! Nocleg nad czystym jez. Piaseczno koło Bogdanki (kopalnie). Trochę głośno na polu namiotowym, ale lokalny folklor i ludzie wiele wynagrodzą. Następnego dnia pojezierze Łęczyńsko- Włodawskie, piękne ścieżki dydaktyczne w bagnistych borach, jazda z sakwami po wąskich pomostach nad bagniskami i moc krwiożerczych owadów! Wycofać się trzeba przed jeziorem, za wąsko na pomostach między drzewami, ponoć żółwia spotkać można i orła na końcu. Szkoda. Asfalty za to cudne i lokalna stara architektura, kolory ogródków i wszystko takie zadbane. Rolnictwo na bardzo wysokim poziomie, tu nie ma odłogów a turystyka też idzie do przodu.
Pod Włodawą jezioro Białe, szczęśliwie po weekendzie, jest cicho, choć wpierw sami idziemy na dyskotekę i pyszną kolację do przemiłej knajpki nad samą wodą. Właściciel ciekawy, zagaduje, namawia, częstuje. To jest świetny wieczór, czujemy się jak GOŚCIE.

Włodawa przygnębia trochę. Za to ścieżka rowerowa od rzeczonego jeziora ma chyba 12km. Ludzie jeżdżą nad jezioro do pracy i dla rozrywki, ale widać, że ośrodki i gastro to spore miejsce zatrudnienia. Z Włodawy pustą, szeroką szosą, choć próbujemy też nadbużańskiego szlaku rowerowego. Bez sakw ciężko by było, dziury, koleiny i piach utrudniają, odwrót na szosę, wszak ruch kołowy wszędzie tu znikomy. Bug prześwituje w zieleni pól czasami, a wsie coraz starsze, ale zadbane i takie swojskie… W Jabłecznej i tak trzeba zboczyć, zachwycić monastyrem, kapliczką Św. Ducha nad Bugiem, posiedzieć przy rzece i w jej nurt popatrzeć. Wieczór w Kodniu, kolacja u Oblatów z widokiem na piękną dolinę rzeki, na ogrody i zabudowania. Spanie koło Ogrodów Maryjnych, szum wody i oświetlenie klasztoru nadają rozmowom z sakwiarzem napotkanym przedziwnej magii.

Późny wyjazd, bo i śniadanie u Oblatów dobre i pozwiedzać trzeba. A droga kręta, daleka i w atrakcje obfitująca. Wsie stare, ludzie ciekawi. Po drodze zwiedzamy jeszcze nie wykończoną cerkiew drewnianą, pamiątkę po mordzie na ludności prawosławnej. Cały czas do Janowa wiatr silny w twarz, trudno jechać więcej niż 15 km/h średnio. Burza i deszcz idą szczęśliwie bokiem. Od Gnojna począwszy zdjęcia można obejściom robić co parę metrów. Wszystko jak w świecie zapomnianym, jednak jest tam ciągle i trwa ku naszej radości, lecz niedługo już pewnie. Domy puste, lub pojedynczy starsi ludzie przed nimi, wpatrujący się w drogę, czasem rozmawiają z nami.

Droga do Serpelic dłuży się już, namiotu rozbić nie pozwalają, bierzemy domek w ośrodku survivalu Skarpa i widoki na dolinę Bugu mamy z okna. Jest też 200m tyrolka na drugą stronę rzeki, w zabawie można do 100km/h się zapędzić. Nie próbuję nawet rano, za to przy odjeździe mamy wystrzał z działa na naszą cześć, wykonany przez samego kasztelana Bractwa Kurkowego, co jako żywo na sarmatę z Wołynia wygląda.
Do Mielnika ręczny prom nas przez rzekę przewozi, a miasteczko i urokliwe i ciekawe. Widać, że ludziom na turystach zależy, nie przez projekt unijny, ale sami z siebie dbają, by się przyjezdnym dobrze działo. Atrakcji tu bez liku, choćby Góra Zamkowa i widok z niej…
Dalej krainy leśne, w dolinie Moszczonej sioła pochowane, rzeczka niegdyś gospodarną była, teraz po młynach ślady nikłe jedynie. Dolina prowadzi do Świętej Góry Grabarka, miejsca tajemniczego ale skupiającemu prawosławnych wyznawców. Akurat gdy tam jesteśmy, trwają przygotowania do Święta Przemienienia Pańskiego, wszyscy jak mrówki się uwijają, a turyści trochę przeszkadzają. Wszystko robi spore wrażenie, zwłaszcza na kimś, kto pierwszy raz las krzyży zobaczy z bliska.

Czas na leśne piachy i szutry Lasów Radziwillowskich. Za leśną osadą Sokóle gubimy się, nie działa tu nawet GPS. Wreszcie przez piachy, w skwarze trafiamy do Zalesia i asfaltem pustym zmierzamy ku Kleszczelom. Ładne, zadbane miasteczko, stara zabudowa i sąsiedztwo Puszczy Białowieskiej. Tam wsie z drewnianymi chatami, wiele pustych, czeka na letników, których jak na lekarstwo mimo słońca i wakacji. Pokolenie 20-40 wozi się tylko autami na brytyjskich tablicach, jest ich tu więcej chwilami niż pojazdów polskich. Starsi siedzą w ogródkach, są jeszcze sporadyczne małe dzieci. Tak pięknie, a pusto wszędzie, podobno dom w dobrym stanie i ziemię można za 20 tyś kupić…

Puszczańskimi drogami dojeżdżamy wieczorem do Topiły. Tu w środku lasu tylko leśnictwo i sklep „Oszoł”, podobno bywa czynny 24h. Po co skoro nikogo nie ma, a kilku wędkarzy to mała klientela. Noc na dzika nad stawami, na łące w lesie, tuż koło odnowionej acz nieczynnej stacji kolejki wąskotorowej. Kiedyś, kilka jeszcze lat temu służyła turystom, wcześniej do wywozu drewna. Puszcza nie robi wrażenia starej, drzewa w większości mają mniej niż 70 lat, prowadzi się gospodarkę leśną, a drogi są twarde i fajne do jazdy, ale nudne, bo okrutnie wyprostowane. Są ukryte miejsca mocy i dobre oznakowanie szlaków pieszych i rowerowych.
Po 19 km taką drogą dojeżdżamy do Białowieży. Wszystko robi wrażenie marnych Krupówek, jest fajna restauracja koło parku o znajomej nazwie Harpagan. Tu po wyjściu z terenowych, lśniących po myciu furek, wtaczają się Harpagany z rodzinami i rozmawiają o SPA, hotelach i interesach. Niektórzy planują „wyprawę” do rezerwatu, gdzie żubra można i łosia zobaczyć. Tam trzeba auto zbrudzić kurzem, ale to tylko ogrodzone ZOO z biletami wstępu i handel przed wejściem. Tu jest tłok, w końcu żubr to jest gość. Nie wchodzę, bo coś mi mówi, że jeszcze króla puszczy zobaczę. Tak też jest po drodze, przed wsią Budy, tam robię fotkę „śpiącego żubra”.
W sumie po 35 km jazdy po puszczy wjeżdżamy do Narewki i kierujemy się nad Siemianówkę – zbiornik na Narwii działający od 1993 roku. Szokuje znów brak turystów, ogrom tafli i potężne, prawie puste pole biwakowe z czystymi sanitariatami, zarządzane przez lokalnych bezrobotnych, co fajną inicjatywą jest. Nocą nielicznych wczasowiczów pilnują kamery. Upał, wieczór jeszcze nie nadszedł, wchodzę więc nieśmiało do brunatnej i mało przejrzystej wody, a ona brr ZIMNA! Taka z 17 stopni najwyżej. Po 5 min. mam dość, a wieczór okazuje się wręcz zimny.

W piątek wieczór planujemy spotkać się z Przyjaciółmi, których być może znasz Czytelniku. Mamy przed sobą długą drogę do wsi z Meczetem tatarskim – Bohoniki. Wcześniej piękny objazd dookoła Siemianówki, przyroda i całkiem dziko, z rzadka chałupy. Jedna większa wieś to Jałówka, skąd jedziemy kawałek razem z rodzinką sakwiarską, cały czas „drogą pylistą, drogą polną, jak kolorowa panny krajka” wzdłuż granicy . Mijamy przejście w Bobrownikach, kolejkę aut i nieczynne już kolejowe, by na chwilę poczuć asfalt. Dalej pagórki i rajd aut terenowych – tylko kurz w ustach i czasem mało widać. Asfalt cieszy i cisza.
Kruszyniany to pierwsza wieś tatarska, jest meczet, Tatar Gębalski opowiadając przekazuje taką moc informacji, że trudno to ogarnąć. Ale bardzo ciekawe historie prawi i tłum w małym wnętrzu zielonego meczetu słucha ciekawie. Jest restauracja tatarska u Dżennety Bogdanowicz:

http://www.kruszyniany.pl/onas.html

jest i jurta tatarska i małe konie. Kawał pięknej historii i wielkie świadectwo tolerancji naszego narodu dla mniejszości Tatarów od 300 lat, których liczba w Polsce liczy od 3 do 4 tysięcy. Po co więc uczyć tego od nowa? Jest i wycieczka emerytów z Gdańska, ale oni się niewiele nauczyli, usiłują wyrzucić nas z altanki i od stołu, ale nie udaje im się. Głód walczy z chamstwem skutecznie!

Słońce, lekki wiatr i piękne Krynki. Posilamy się w parku, panowie obok też, zupą chmielową. Już niedaleko, już na nas czekają…
Druga wieś tatarska to Bohoniki. Tu meczet zamknięty, ale ogród i dom otwarty. Spotykamy Przyjaciół i miło spędzamy wieczór. Sobota leniwa, kłopoty zdrowotne do południa, a popołudnie nad granicą przez pola, cmentarze tatarskie, chaty drewniane i wiatraki, a raczej ich resztki, jak szkielet tego spalonego w Malaniczach na zdjęciu. Rzeczkę Łosośną udaje się zobaczyć w Kuźnicy, już nie białostockiej, i sznur tirów czekających na wyjazd z zielonej wyspy. Ludzie mówią nad granicą, że tam niewiele się różni, a propaganda robi swoje. Oni od lat tam handlują, to chyba wiedzą.
Wracam z sakwą zakupów na wieczór z TESCO. Cóż za wiktuały, wieczór to rozkosz dla podniebienia dla nas i gospodarzy na Bohonikach. Trzeba podziękować i wieczorne rozmowy prowadzić.

Ostatni dzień to pogodna niedziela i przejazd pustymi asfaltami przez urocze, ciche wsie do Puszczy Knyszyńskiej, Supraśl do Białegostoku, gdzie udaje się załapać na pociąg. Do zobaczenia piękny, słoneczny wschodzie, tak egzotyczny i tak jeszcze tajemniczy. Następnym razem od Białegostoku na Suwalszczyznę i kilka innych puszcz.
PS: Zainteresowanym polecam „Polskę Egzotyczną” część I.



Dodane 19 sierpnia 2013, 19:56 przez Super Mario

Fotorelacja uczestnika kajas

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika Super Mario


Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę


Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość (5)