na rowerze


Ostatnie komentarze

Relacje » Zobaczyć Maramureş , 13 maja 2011

Zobaczyć Maramures - ślad dodał Mxer





Bilans wycieczki.

Wykonana trasa: [url]http://www.bikemap.net/route/1026674?130739131780898[/url]




Uczestników: 4 : Kajas ( 5 dni), Waldek, Witek i ja (całość)
19 dni jazdy, 2, 5 dnia dojazdy i powroty
Kilometrów rowerem :1 220


Przejechaliśmy: na Ukrainie:Karpaty Ukraińskie Zewnętrzne, w tym, w tym Beskidy Wschodnie i część Karpat Pokucko- Bukowieńskich ( huculszyzna)
w Rumunii : Karpaty Marmaroskie- góry Guti i Tibles, Góry Suhard i najwyższe Alpy Rodniańskie .
Poruszaliśmy się na wysokościach od 240 do 1419 metrów, ponad 15 razy wjeżdżaliśmy na górki wyższe niż 900 metrów z wysokości mniejszej niż 350m, wszystko z pełnym obciążeniem sakwiarskim.
Najwyższe osiągnięte wzniesienie- Przełęcz Prisłop a Alpach Rodniańskich 1419 m.
Awarie- 6 straconych dętek, jedna felga = koło
Przeżyli: wszyscy


............................................................................


Piąątek13.05, sobota 14.05

Przygoda zaczęła się planowo wieczorem w piątek 13-go. Dojechać do Przemyśla pociągiem jakoś się nam się udało( z naciskiem na „jakoś”- gdyby Kajas nie zabrał sakw autem a Witek nie miał pewnych kluczy do otwierania nie otwartych przedziałów byłoby dużo trudniej),w każdym razie w sobotę jesteśmy na starcie w 4- osobowym komplecie- Waldek, Witek, Kajas i ja . Szybki obiad i ruszamy na podbój świata.
Granicę polsko- ukraińską przekraczamy późnym popołudniem bez większych problemów, pogoda sprzyja kręceniu, więc do 19-tej robimy 35km i rozbijamy namioty w zaniedbanym sadzie za nieczynną szkołą kilka km za Mościskami.

Niedziela 15.05

Startujemy planowo, od rana w deszczu. Leje właściwie bez przerwy do południa. Drugie śniadanie pod sklepem, przestaje padać. Mijamy Stary Samyr, Samyr, robi się coraz wyżej i coraz ładniej, jesteśmy w Beskidach. Do wieczora na licznikach 76km, śpimy w starym sadzie nad rzeką Topliniją. Utopiłam kilka ciuchów i kultową skarpetkę w wartkim nurcie. W nocy zaczyna się ulewa

Poniedziałek 16.05

Pada do rana i budzę się się w kałuży. Namiot się poddał ( : W dzień dalej lało. I lało. I lało.. Mokro, zimno, skończył się asfalt więc i trudno, wjazdy coraz wyższe, kamieni i błota nie brak, ale jedziemy…a widoki za tym deszczem coraz lepsze.. humor też niezły, choć w połowie dnia Waldek zaczyna podsypiać ;) . Po drodze przystanek w wiejskim sklepie, ktoś wpada na pomysł by zagrzać się herbatką ..i pani robi nam herbatkę, ja dostaję puchową kurtkę na rozgrzanie, spędzamy tam pół godzinki. Robi się raźniej, choć leje dalej, a my w drogę. Coraz ładniej, jedziemy wdłuż rzeki Stryj . . i coraz bardziej pada. Utykamy za Nowym Kropiwnikiem- na obydwu mapach błąd, drogi i mostu od dawna brak, trzeba się cofać 5km pod górke po kamulcach…za to widok z górki cudny na tyle, ile przez ten deszcz można widzieć. Jedziemy ju z po asfalcie parę km do Schidnicy kompletnie przemoczeni, po godzinie poszukiwań w typowo turystycznej miejscowości udaje się znaleźć ciepła kwaterę i obiad naprzeciwko. Oczywiście wtedy deszcz się skończył .Pomimo warunków wynik imponujący- 40,5km w 4 h jazdy. Jesteśmy na terenie Parku Narodowego Skoliński Beskid
40,5

Wtorek 17.05
Ranek pikny, choć jeszcze chłodny. Startujemy z 360metrów, o 11 zdobywamy pierwszą solidną górkę- 600metrów, błoto i kamienie towarzyszą nam do Uricza. Zwiedzamy lokalne muzeum i robimy wycieczkę do pięknych głazów w okolicy i dalej w drogę. Tu niespodzianka- świetny asfalt i po 500metrach druga- Waldek łapie gumę, a reszta ekipy zimne ”Lwiwskie” ; ) . Po godzinie dalej w drogę wdłuż rzeki „Stryj”. Do popołudnia można odpocząć- wciąż lekko z górki .. i tak na 270 metrów .W Wierchnym Sinowodnym odbijamy na Skolie i koniec relaksu- dolina Opyra to powoli ale wciąż i wciąż pod górkę. Przejeżdżamy Park Narodowy „Skoliwski Beskid”, w jednej z malowniczych górskich wiosek- Tuchli robimy krótki postój ostatnie zakupy i kończymy z asfaltem. Droga w kierunku Niżnej Rożanki to ( jeszcze dobry) szuter. Po 66 km cudnynocleg nad szumiącą i zimną rzeką Rożanką w cieniu szczytu Magiu .Zrobiliśmy ognisko, menu – co kto miał- suszona ryba, porter, Lvivskie, chałwa orzechowa…i tylko bitej śmietany było Witkowi brak;). W nocy zimno ale końcu sucho, rozgwieżdżone niebo a wokół góry…
66km

Środa 18.05

Ranek zaczyna się cudnie i ciepło, już po godzinie robi się upał. Ostatnia klimatyczna drewniana wioska –Wierchna Rożanka (440 metrów) , zaraz za nią kończy się szuter i zaczyna się zabawa ( albo rzeźnia jakby kto wolał;)) Najpierw jedziemy, później obowiązuje styl dowolny po błocie. Droga na Syneczyn na obydwu mapach prowadzi przez szczyt Tpunskij (800metrów) , w rzeczywistości takiej nie ma i po dwóch godzinach pchania, ciągnięcia, na koniec dwójkami bo pochylenie jest bardzo ostre lądujemy na zboczu tysiącznika Cziorna Ripa, jak mi świadomość wróciła zerknęłam na gps- 957metrów ale wcześniej wyżej było. Widok z góry wart był wysiłku i spędziliśmy tam pół godzinki.
Po odpoczynku nie mniej męczący, błotno- kamienny lekko błędny zjazd, błocka tyle że trzeba robić przystanki na odtykanie roweru, w końcu dzięki gps i znalezionemu na zboczu tubylca w domku udało się znaleźć właściwą wieś. Chwila relaksu pod sklepem, jesteśmy na 500 metrach. Po godzinie znajdujemy bar obiadek- standardowo świnina, pilemieny i wareniki. A potem kolejny pierewał- Toruński, 941m, na szczęście już po asfalcie i tylko 8 % nachylenia, więc każdy wjechał.. później zjazd, zjazd, zjazd…aż do wsi Majdan, zrobiło się późno więc ostatnie zakupy, miejscówka w karpackiej dolinie na kamienistej łące nad równie kamienistą rzeką Riką. Jesteśmy w Parku Narodowym „Siniewir”, na liczniku 44km, i to jakie 44km.:)

Czwartek 19.05

Zjazdu ciąg dalszy. W Soimi żegnamy się z Kajasem, odbija na elektryczkę do Wołowca .
W Miżgirii odbijamy na Kołoczawę, przez nieuwagę skręcam w jedna uliczkę za wcześnie. Jest tak ładnie że łapię gafę po godzinie jazdy dopiero, a robi się wysoko, coraz wyżej…Jesteśmy na objeździe do miasta, objeździe przez zbocze Góry Kamionki. Nikomu nie chce się wracać, jedziemy do góry, 14km przez ponad trzy godziny w upale…ale warto było, widok z ponad 1000 metrów na Karpaty jest przecudny… Pół godziny zjazdu, W Siniewirze krótki postój na aprowizację, nad horyzontem zbierają się chmury więc ruszamy malowniczą doliną Terebli. Pod jedną z ładniejszych wiosek na trasie Kołoczawą zaczyna kropić, jednak deszcz nas nie dogania, mamy z górki. Do obiadu pod sklepem wykręcone 71km,i, do noclegu robimy kolejne 20, śpimy w Ugli w sadzie u chłopa ze złotym zębem w niebieskim dresiku, sad na szczęście posiada studnię i można się umyć, a ja dostaję miskę z ciepłą woda do mycia..hurra!
90km

Piątek 20.05
Do granicy zostało w prostej linii 30km, jesteśmy na 350 metrach i wydaje się, że Rumunia już za chwilkę. Karpaty za nami, na horyzoncie kolejne wyzwanie- Karpaty Marmaroskie - góry Guti i Tibles które będziemy musieli pokonać za kilka dni. Decydujemy się na zmianę trasy na trudniejszą i objazd do granicy przez Górę Magura
Rano lajtowe 15 km asfaltu, przerwa na lody i zakupy na drogę w turystycznej miejscowości Kalini a potem ukraińska rzeczywistość górska- kamienie, błoto, piach i upał- Do 15-tej gramolimy się na kolejny Pierewał- 884metrową Górę Magura z kolejnym widokiem .. ech pikne te góry.... Zjazd podobny i meczący, u dołu w sklepie z gipsem, wieńcami pogrzebowymi ;) i jedzeniem idziemy na lody i wtedy Witek łapie gumę. Lodów zjedliśmy więc sporo, a potem do granicy. 10km przed kolejna niespodzianka- niesamowicie stromy pierewał. Chyba wszystkich zmęczył. Na granicy w Syghetu- Marmatei ( nieźle się trzeba było jej naszukać, bo ktoś zapomniał oznaczyć) jesteśmy po 18-tej. Przejście bez tłoku i problemów, zmęczeni spania szukamy już w mieście, po wizytach tu i tam i potyczkach językowych z Rumunami lądujemy w przyjemnym i niedrogim motelu Siesta. Mieliśmy wypocząć, bo na drugi dzień w góry, ale że obiadokolacja w motelu była dobra i pogadać trzeba było towarzystwo ożyło.i kto się wyspał ten wyspał;)
63km

Sobota 21.05

Dzień zaczął się spokojnie i przy ładnej pogodzie. 18km asfaltem do Sapanty, tam odwiedzamy sławny wesoły cmentarz i lokalny klasztor.Potem robimy zakupy jak na wojnę bo wiadomo, że tym razem utkniemy na noc w górach z dala od wody pitnej i cywilizacji, i już po południu ruszamy w trasę. Startujemy z 255metrów .Początkowo twarda choć mokra droga wdłuż potoków Sapania i Runcul w miarę wjazdu w masyw Ignis robi się coraz trudniejsza. Błoto, kamulce, po kilku godzinach oprócz potoków obok trasy mamy i strumyk na drodze, połamane drzwa i błocko. O 17-tej zaczyna lać. Po 18-tej osiagamy 1038 metrów, wydaje się , że to koniec i wyżej nie będzie ...zaczynamy ostry zjazd pobłotnej ścieżce..i okazuje się na próźno, nie ten kierunek, nie ta dróżka. Z trudem wdrapujemy się z powrotem, Waldek łapie gumę, 1038 metrów i podmokły las to kolejna miejscówka. Góra zarośnięta bukowym lasem, więc już przy szarówce rozbijamy namioty, już po ciemku myję się w butelce wody bo strumyki też gdzieś znikły , Witek wysyła smsy do świata bo dumni jesteśmy, że tak wysoko wleźć się z majdanem dało i idziemy spać.
47km, z czego co najmniej ¼ na piechotę

Niedziela 22.05

Od rana do boju. Bez problemu znajdujemy właściwą drogę, okazuje się, że górki i pchania bika nie koniec. Po godzinie na 1098metrów , wg nawigacji jesteśmy na zboczu Piatra Bulzululi ( wg mapy góra ma 1051 metrów, więc coś oszukiwało;)) i nareszcie zjazd.
Zimno, na zboczach gór jeszcze leży śnieg i wilgotno- wszędzie potoki i małe wodospady. Bardzo ładnie, im niżej to i przejezdniej. Mijamy kamieniołomy w Blidari, we wsi krótki postój i dalej do dołu. W końcu asfalt. Zaczyna się cywilizacja, malownicza Firiza z ładnym kościołem i zalewowym jeziorkiem, koło południa jesteśmy w Baia Marie . Na rynku robimy przerwę na zdjęcia, lody i zakupy i wio. W Coultou oglądamy muzeum, w Sacalaseni drewnianą cerkiew, potem na obiadek w przydrożnym barze. Zwykła budka okazała się strzałem w dziesiątkę, a nieporozumienia językowe ( tym razem byliśmy zdani tylko na język migowy, angielski do niczego się nie przydał) wyszły na korzyść-waza ciorbe de burta zaczarowała ekipę;), drugie też nie było najgorsze i z trudem wyturlaliśmy się z knajpki.
Po południu udało się jeszcze obejrzeć z zewnątrz zabytkowe drewniane cerkwie w Corua i Cechis i zjechaliśmy z trasy na nocleg nad rzekę do Occlis . Udało się w końcu porządnie umyć w rzece, zrobić pranie. Spaliśmy na skraju pola z ziemniakami i rzodkiewką, właściciel co prawda nas wypatrzył, ale zamiast reprymendy dostaliśmy pęczek rzodkiewki..i pobudkę o 4 rano, kiedy podlewał pole;)
65km

Poniedziałek 23.05

Oglądania zabytków ciąg dalszy. Cerkwie- Danesti, oraz zabytkowe wpisane na listę światowego Dziedzictwa UNESCO- Sugestii i Popis, później zjazd z górki na 240m do Copalnic Monastur w coraz większym upale i zaczynamy jazdę pod górkę. Koło 14-tej jesteśmy na niezbyt wysokim jak na dotychczasowe doświadczenia ( 470m) przewyższeniu przed Targu Lapus. Widok cudny, choć na horyzoncie zbierają się chmury…ekspresowo, po paru minutach właściwie zaczyna się wielka ulewa, widoczność spada do kilku metrów a z góry płynie rzeka. Znajduję z Waldkiem przeciekające schronienie pod drzewem, Witek kilometr przed nami ląduje w przydrożnej kapliczce z jakimś Rumunem. Ulewa trwa ponad godzinę, przecieka mi wszystko co miało być nieprzemakalne, zjeżdżamy do Targu Lapus. Obiadek i decyzja- tym razem kwatera, nie będziemy rozbijać się w błocie, szybko znajdujemy turystyczny pensjonat. Rozwieszamy mokre szmatki a że jest jeszcze wcześnie na lekko jedziemy zobaczyć śliczną cerkiew w Rogoz. Coraz bardziej podobają mi się stare cmentarze ...
72km

Wtorek24.05
Rano jeszcze raz do Rogoz na fotki, później zmiana trasy- do Chuizy postanawiam jechać skrótem przez góry ( skrót tylko na mapie, w rzeczywistości wiadomo, że dłużej będzie i trudniej, ale kto wie co z góry widać?). Wybór okazuje się strzałem w dziesiątkę- początkowo piękne drewniane rumuńskie wioski, potem cudna dolina i wreszcie męczący wjazd a dla mnie już ciągnięcie roweru na 729m szczyt przed Argiesul z przepiękną panoramą na okolicę, jeden z lepszych dotychczasowych widoków…
Zjeżdżamy do Argies, drugie śniadanie pod sklepem Z Tarlisua już po twardej nawierzchni dojeżdżamy do Dumbravita. Obiad tym razem odgrzewane słoiki po sklepem, upał wariacki…a potem do rezerwatu Lacul Cetetele ..Miało to być nasze pożegnanie z trudnym terenem, oczywiście założenia padły w starciu z rzeczywistością. Przesuszone muldy błocka w drodze na kolejną górkę nieźle uprzykrzały jazdę, a częściej pchanie rowerów, w końcu udało się wdrapać na jakąś trawę. Pod szczytem trafiamy na szałas, przed szałasem dojrzewający w siatkach twaróg. .i pasterkę. Chyba się zaczarowałam;) Na migi próbujemy się dogadać w sprawie nabycia kawałka tego cudu, dziewczyna nie do końca rozumie, przynosi nam żeliwny garnek z dojrzewającym ciepłym serem, trzy łyżki .....takie to pyszne , że pochłaniamy połowę garnka. Żałuję, że jadłam wcześniej obiad i to bardzo, bo serek jest boski i w niczym nie przypomina naszych kwaśnych twarogów. Zostawiamy parę groszy ( tj lei) w podziękowaniu i dostajemy kawałek sera z wiszącej siatki na drogę. Jestem w niebie. Później niebo się nieco ściemnia ,bo kilka metrów dalej Witek łapie gumę. Siedzę na szczycie, gapię się na owieczki, pasterzy i to, co jest niżej i jest mi dobrze. Zrobiona guma za chwilę znów się psuje. Dwie godziny mijają. I już wieczór. I na tym koniec wycieczki, schodzimy o parę metrów niżej i rozbijamy się na zboczu góry z widokiem na Alpy Rodniańskie ,góry Suhard i kilka okolicznych miejscowości. Robię z Waldkiem kurs do wsi po wodę, Witek walczy z kołem. Dookoła pachnie wszechobecna mięta pieprzowa .W nocy mamy dodatkowy widok- na okoliczne burzę w nocy, na szczęście nie u nas.
62km

środa 25.05
Zjeżdżamy do dołu do Chuizy.
Za namową Waldka zmieniamy i wydłużamy trasę- jedziemy w Alpy Rodniańskie. Trema wielka, wysoko będzie ..ale grzech tu być odpuścić, szczególnie z taką ekipą
Cały dzień na szczęście po asfalcie, ale wysoko, coraz wyżej..oblodzone szczyty coraz częściej na horyzoncie, zaczyna wiać i robi się coraz chłodniej . Godzinę przeczekujemy deszcz w Feldru, prawie dwie godziny kolejną nawałnicę w Rodna- tym razem deszcz jest kompatybilny z naszym obiadkiem. W Sant ostatnie zakupy, wokół drogi coraz bardziej strome zbocza. W Valea Mare kończy się asfalt. Parę km za wsią Witek znajduje śliczną miejscówkę nad potokiem Maria, śpimy w Alpach, 720 metrów npm w oczekiwaniu na jutrzejsze jeszcze wyższe góry
85km

Czwartek 26,05
Startujemy punktualnie o 8. Droga od początku pnie się do góry, wyżej i wyżej.. i tak będzie prawie cały dzień. Da się jechać, równo i twardo, nikt nie pcha, wszyscy kręcą. Przerwa na herbatkę na środku drogi i jedziemy dalej. Pięknie, coraz piękniej, co chwilę postój na kolejna fotę z ośnieżonymi dwutysięcznikami Gargalau , Puzdrele, Rodna... ślicznie jest i pogoda idealna. Koło 14-tej osiągamy Pasul Rotunda 1271m, nadal nikt nie pchał roweru... Krótki zjazd 200 metrów niżej z dodatkową przerwa na kolejna łataną gumę i znów do góry i do góry ... .gdzieś po drodze zupki z gazówki zamiast obiadu i do góry...coraz wyżej. Przesuwająca się panorama nie do opisania, satysfakcja coraz większa- nadal jedziemy, nawet ja nie prowadzę…Ostatnie serpentyny i o 17-tej jesteśmy na najwyższym wzniesieniu tej wyprawy- przełęczy Prisłop 1416 metrów, niecałe 5km od Gargalau ...

Nie chciało się stamtąd wracać. Zjechaliśmy tylko 300 m niżej w kierunku Borsy, w przydrożnym pensjonacie rozbijamy się namioty, mamy ciepły prysznic ...i czadowy widok z okna ( namiotu) na ośnieżone szczyty górskie
61km

Piątek 27.05
Rano przegapiamy drogę do wodospadów, po ostrym zjeździe nikomu nie chce się już cofać. Wyjeżdżamy z gór w Dolinę Izy. Cerkwie, cerkwie, cerkwie . Moisei, Salista de Sous, Dragomesti, zabytkowy Leud na górce, Bogdan Voda, Rozavlea .i upał. Po jeździe w Alpach nie robią na mnie większego wrażenia, chcę z powrotem i w ogóle nie podoba mi się już ten pomysł z folklorem, zamiast tego lepiej kręcić pod jakiś szczyt lepiej, choćby kolejne dwa dni, a tu jakieś drewniane chaty trzeba oglądać bo się je wymyśliło…ech…Śpimy na działce w agro w Sieu, zrobiliśmy 70km

Sobota 28.05
Cerkwie i drewniane zabudowy wiejskie cd, odbijamy do kolejnej Polenile Izei, za miejscowością kolejna terenowa górka z ładnym widokiem. Zjeżdżając na przystanku na mostku podtapiamy się w topiącym od słońca asfalcie. Chłopakom jakoś się upiekło, po godzinie dłubania mają wszystko czyste, Witek ratuje mojego bika ale zakupy na drugie śniadanie to i tak benzyna na ratowanie spdów, które zatopiłam od zamków po podeszwę.Na szczęście mam drugie buty a upaćkane po dwóch dniach szorowania wrócą do życia ( ale nie do zapachu..)
Później cerkwie Barsana – odnowiony, „pod publiczkę „ kompleks klasztorny w ładnym miejscu, Calinesti, Budesti. Po drodze trochę się sobie gubimy i znajdujemy po kilkudziesięciu kilometrach Przepiękna panorama przed wjazdem, a raczej zjazdem do Ocna Sugatag. W Ocna pizza i odjeżdżamy 10km. Nocleg na łące, mycie w butelce wody i wesołe ognisko na kartoflisku. 70km

Niedziela 29.05
Dojechaliśmy do Syghietu po drodze łapiąc w obiektyw kolorowe regionalne stroje miejscowych maszerujących do kościoła. Granica znów przekroczona bezboleśnie, gdzieś po drodze obiadek, ogólna beztroska, monotonną jazda w kierunku Karpat po asfalcie n 50-tym kilometrze Ługu przerywa wybuch mojej felgi w tylnim kole. Pękła na wiórki.
Szczęście w nieszczęściu przed cerkwią, tam dostaliśmy nocleg i można było działać. W niedzielę za wiele się nie udało. Wieczorem ksiądz, który jak się okazało dobrze mówi po Polsku i nauki pobierał w Częstochowie bardzo miło nas ugościł, była okazja do popróbowania huculskich potraw.
50km

Poniedziałek 30.05
Witek dokonał cudów, znalazł w innym mieście jakieś koło, znalazł speca co poskładał wszystko tak jak trzeba, złożył mi rower, dokręcił przy tym dodatkowe 50 km..Witek- jeszcze raz wielkie dzięki! Szczęście mieć takich ludzi w ekipie. Popołudniu ruszyliśmy w drogę, obiadu znaleźć się nie udało, udało znaleźć się za to sklep, zrobić 12km, wjechać w Rezerwat Karpacki nad rzekę Kiswę i spać przy niej kawałek za Kosiwską Polaną w oczekiwaniu na kolejne serpentyny podjazdów na pierewały następnego dnia – znów zmieniamy trasę z asfaltu na rzecz skrótu po górach :)
12km

Wtorek 31.05

Ranek zaczyna się wjazdem. Typowo ukraińskim, piach, kamienie i błoto, do tego co jakiś czas rower się pcha lub ciągnie. Ale jakoś to szło, góra mało zalesiona i widok był piękny przy wjeździe na 1035m . Widoki po dtugiej stronie zaskoczyły, nie wiem, czy wszystkich, na pewno mnie. Przepiękna przestrzenna panorama górska przy zjeździe do Rachowa poraziła, stawałam o parametrów i nie tylko ze względu na trudny i ostry zjazd, ale żeby zwyczajnie rozdziawić buzię z zachwytu. Zdjęcia nie oddadzą tego, co tam było, a że na Huculszyznę wrócę, to pewne, właśnie przez ten widok..
Dotarliśmy do miasta koło 13-tej. Od tej pory poruszaliśmy się na terenie Karpackiego Parku Narodowego malowniczą Doliną Tisy. Ruch był niewielki i asfalt dobry, wieczorem znajdujemy miejscówkę w Łazieszczynie na wysokości 680 metrów za opuszczoną chatą. 62 km

Środa 01.06
Z okazji Dnia Dziecka strzelamy sobie stówkę. Na początku jak co dnia górka- wjeżdżamy na Przełęcz Jabłonecką, 1039m. Ku zaskoczeniu na szczycie górki rząd kramów z towarami folklorystycznymi , więc załatwiamy zakupy pamiątkowe .Doliną Prutu zjeżdżamy do Jaremczy, mijamy szereg miejscowości turystycznych, ruch na drodze coraz większy, wciąż ładnie, ostatnia górka przed Nadwirią i wyjeżdżamy z Karpat. Nagle robi się zupełnie płasko i nijak, w dodatku goni nas deszcz i my gonimy inny deszcz Jadę ja, potem już tylko moje zwłoki na kole u Witka, ale do Iwano Frankowska udaje się doturlać. Nocleg znajdujemy jak na miasto bardzo ładny i spokojny, w lasku nad rzeką. W nocy leje, ale kogo to już obchodzi, ostatni raz rozkładaliśmy namioty ...
100km

Czwartek 02.06
Wracamy…elektryczka do Chodorowa, trzy godziny czekania na kolejną w brzydkim mieście, dla zabicia czasu robimy tournee do jesiora 5 km dalej, obiad, w elektryczkę…. wieczorem jesteśmy we Lwowie. Hotel turystyczny bez ciepłej wody , ale blisko dworca, parę godzin na przebieżkę z rowerem po starówce i spać
33km

Piątek 03,06
Elektryczna Lwów- Szegini, chyba z godzina w tłumie na granicy a i tak dostaliśmy fory, na kołach do Przemyśla, dojeżdżamy o 13, czekanie na pociąg do 17-tej, włóczymy się po mieście zaglądając do kościołów, przeczekujemy burzę…i niemiła niespodzianka, PKP znów zmieniło rozkład jazdy, pociąg zamiast 16 jedzie 19 godzin...
17km

Sobota 04.06 w domu…

Ogromne podziękowania dla niezawodnej ekipy, dzięki której te trzy tygodnie tak szybko zleciały , i odważyłam się zobaczyć dużo więcej i wjechać dużo wyżej bez obaw, za więcej rowerowej frajdy niż zakładałam, za współpracę i subordynację w czasie jazdy, za wielką pomoc na trasie, fizyczną i techniczną, dzięki której Ukraina prostsza była, wytrwałość, wyrozumiałość w tak małym gronie i ten uśmiech ... Za te Alpy podwójne dzięki .... I dla każdego z osobna...że tak a nie inaczej się udało, bardzo się udało:)



Dodane 19 czerwca 2011, 11:25 przez yas

« poprzednie | pokaz ≡ | następne »Fotorelacja uczestnika yas


zeobi, 17 czerwca 2011, 10:55
Jestem pod wrażeniem.
Wyprawa już zapowiedzi wydawała się bardzo trudna, jak widzę po zdjęciach i relacji w rzeczywistości była o wiele bardziej wymagająca. Nigdy bym Cię o jazdę z stymi wielkimi sakwami po górach i bez asfaltu nie podejrzewał, koleżanko;)
Świetna relacja i zdjęcia. Gratuluję tych trzech fantastycznych tygodni całej ekipie i życzę kolejnych równie udanych pomysłów !
kajas, 17 czerwca 2011, 17:52
Nasłuchałem się kiedyś opowieści o karpackich niesamowitościach. O przyczajonych pstrągach w bystrzach potoków, o gawrach niedźwiedzich, dzikich ludziach w zapomnianych chatach na połoninach. Potem czytałem Vincenza który okrutnie poszarpał moją wrażliwość, spędzał sen z powiek wyobrażeniami zielonych dolin górskich, ośnieżonych szczytów i huculskich duchów snujących się w porannych oparach…
Karpaty Ukraińskie …choć byłem tam tylko kilka dni, choć to zaledwie muśnięcie, otarcie się o niezwykłość tego zapomnianego skrawka dawnych Kresów, …drżenie serca pozostanie.
Chciałoby się jeszcze …zobaczyć Maramureş …Suhard …Rodany …i tę huculszczyznę bajkową… A jeśli nie tam, to z taką ekipą choćby na koniec świata:-) To co na takich trudnych wyprawach jest najcenniejsze: zgranie, współpraca, pogoda w duszy, humor, wsparcie w kryzysach – to wszystko było.
Chociaż powinienem od tego zacząć ale najważniejsze zostawia się na koniec, Wielki Szacun dla Ciebie Kierowniczko! Za kapitalną trasę którą wymyśliłaś, że nie poddawałaś się na pierewałach i w na błotnistych ścieżkach. I za to, że opierdzieliłaś kiedy się należało i pochwaliłaś uśmiechem kiedy i nam się coś udało;-) Dominika, chcesz czy nie …jesteś Wielka i tyle:-)))
Dziękuję :-)


Mxer, 19 czerwca 2011, 12:14
A czy yas slad posiada ?
yas, 19 czerwca 2011, 20:27

Wkleiłam link do trasy , przed chwilą – jeszcze mapkę- idealne odwzorowanie przejazdu, są bardziej czytelne niż ślad, który nie do końca mi się udał.
Marta, 20 czerwca 2011, 12:10
No bravo bravo, przypomniała mi się Ukraina 2010. Jednak górskie krajobrazy Karpat w Waszej relacji wygrywają :-)

Ciekawe co za rok :-)
Aby dodać komentarz musisz się zalogować

Na piechotę


Ostatnie komentarze


Statystyki

W tej chwili online

  • + Gość (1)